Bardzo dobry materiał - dziękuję Nicze za wskazanie.
Warto jeszcze obejrzeć kolejne dwa "odcinki":
https://www.youtube.com/watch?v=jpnDo95Rq_U
https://www.youtube.com/watch?v=aQ7Xyatr_pk
oraz to:
https://www.youtube.com/watch?v=1z7_z9FoI_4
Już dawno pisałem, że wszyscy myślący ludzie, niezależnie od siebie z czasem dochodzą do tych samych wniosków - to bardzo budujące.
Pan Krzysztof doszedł do tego, na co m.in. ja też "wpadłem".
Jak to się dzieje?
Tak - to jest proces. Gdy człowiek się wyzwala z negatywnego wpływu (w tym przypadku z wpływu KK), z negatywnych, niskich emocji, to się "otwiera" na swoją "duszę" i odzyskuje kontakt ze swoim "wyższym ja". Taki człowiek zaczyna coraz więcej rozumieć, coraz więcej czuć, staje się coraz bardziej wrażliwy na... miłość lub jej brak, przeciwieństwo - negatywne emocje, złe cechy ludzkiego charakteru zaczynają takiemu człowiekowi coraz bardziej przeszkadzać i dlatego właśnie taki człowiek zaczyna się zastanawiać, szukać przyczyny, źródła tego, że otoczenie jest takie, a nie inne.
Kościół Katolicki w naszym otoczeniu daje "podbudowę" psychologiczną, "duchową" dla rozwoju negatywnych cech ludzkiego charakteru. "Bóg" katolicki wyzwala w ludziach bezwzględność, mściwość, wieczne poczucie winy i strach przed karą - z takimi ludźmi ciężko się porozumieć "na wyższej płaszczyźnie", bo ich reakcje na otwartość są irracjonalne - boją się, że "zgrzeszyli" i boją się "kary", "pokuty", bo podświadomie uważają, że należy im się ona, więc wolą być "skryci" - nie otwierać się przed innymi. Mało tego - tacy ludzie boją się odrzucenia, odtrącenia za "grzechy", jak to było (wg kościelnego mitu) w przypadku "raju", gdy "Bóg" wygonił ludzi i obłożył ich "klątwą" - "grzechem pierworodnym". Chore to wszystko i powoduje, że ludzka psychika jest chora. Już dawno, nieraz pisałem, jak bardzo destrukcyjny wpływ na psychikę ludzką ma taka religia.
Pan Krzysztof, podobnie jak ja, chce ludzi wyzwolić, otworzyć ich czułość, wrażliwość...
Tylko, że...
Człowiek "zamknięty" musi najpierw sam wykonać "pierwszy krok", bo inaczej pewne informacje będą dla niego zbyt szokujące - będą burzyły jego "światopogląd", "święty spokój" i spowodują, że "świat mu się zawali", więc taki człowiek będzie się "bronił", zamykał w sobie i wracał do tego, co już zna i co nie powoduje jego "niepokoju".
Kościół w parze z "demokracją", massmediami stanowią "doskonałą całość" omamiania człowieka - wikłania go w materializmie powodującym, że będzie bez końca stał w miejscu, lub inaczej - kręcił się w kółko i nie wydostanie się z tej pułapki.
Kościół zamyka człowieka na prawdziwą duchowość, na wrażliwość..., a materializm "popkulturowy" daje człowiekowi namiastkę "spełnienia", która działa jak narkotyk - nie da spełnienia, tylko spowoduje, że człowiek będzie tego potrzebował więcej i więcej, aż się w tym "zatraci", utonie...
Taki człowiek, wpędzany w kompleksy przez Kościół, będzie dla "odreagowania" brnął coraz głębiej w konsumpcjonizm i będzie dla systemu "konsumentem doskonałym", bo będzie wiecznie gonił za "zbytkiem".
Dlaczego prawdziwa, głęboka duchowość jest zwalczana przez Kościół, a przez tzw. system ośmieszana, wyszydzana jako "słabość", "niedorzeczność" itp.? - Bo jest zagrożeniem dla "spójności" tego całego systemu "Kościół-Państwo", a raczej "Kościół-konsumpcjonizm".
Ludzie przeważnie wpadają w ten "kierat", "karuzelę" i nie zdają sobie sprawy z tego, że kręcą się w kółko, że nie czynią postępów. No tak - to im pozwala "nie myśleć" i zachować "spokój". Tylko, że z czasem stają się coraz bardziej nerwowi, wybuchowi, wszystko ich denerwuje, nie mogą się dogadać z innymi i nie rozumieją samych siebie.
Gdy człowiek wreszcie zauważy, że "coś tu nie gra", coś jest "nie tak", to wreszcie zaczyna się zastanawiać nad tym wszystkim i z czasem dochodzi... do tego, co Pan Krzysztof :)
Tylko, że z tej drogi nie ma już powrotu. Taki człowiek, gdy już się "uwrażliwi", to nie będzie chciał mieć do czynienia z czymś, co ciągnie ludzi w dół i z ludźmi, którzy to czynią - będzie coraz "głośniej", coraz bardziej się temu przeciwstawiał.
"Niestety", ale taki człowiek będzie coraz bardziej wrażliwy na wszelką niegodziwość i "płytkość" innych - nie będzie po prostu chciał mieć z takimi "prostymi" ludźmi nic wspólnego.
Tak - Pan Krzysztof nie jest, jak powiedział "antyklerykałem" - on nie chce walczyć z klerem - on się ich brzydzi i tak samo jak ja, nie chce mieć z nimi do czynienia.
Tak - jedyny sposób, to "budzić" ludzi, by przestali być wreszcie ofiarami kościoła.
Ja, jak to się mówi "na swoim podwórku" też "budzę" ludzi - uświadamiam im różne rzeczy, ale gdy coś za bardzo kłóci się z ich światopoglądem - z czymś, do czego byli przyzwyczajeni przez innych, to odbierają to jako "atak" i się "bronią" atakując mnie.
No cóż - ludziom nie mieści się w głowie, że można coś (jakieś cechy) krytykować dla wspólnego dobra - dla poprawy otoczenia, by wszystkim wokół lepiej się żyło, lżej... Myślą, że atakuję ich personalnie (bo niestety ludzie w ogromnej większości tak robią) i chcę zrobić im krzywdę, a ja chcę po prostu otworzyć im oczy, spowodować, by zaczęli myśleć, zamiast zachowywać się jak nieświadome automaty. Ludzie mają już tak dosyć atakowania ich przez kościół i innych, że wszystko odbierają jako atak. Kościół niestety nie da im wytchnienia i spokoju - będzie tylko pogłębiał ich kompleksy, poczucie winy i strach - strach przed sobą i innymi, bo wg kościoła człowiek z natury jest słaby, grzeszny, marny, zły itp., a prawda jest taka, że to kościół wmawia ludziom, że tacy są i takimi ich czyni, by na nich żerować, by byli "owieczkami" - nawet wprost o tym mówią - nie kryją się z tym - mówią, że ludzie mają być "pokorni" i bezmyślnie ich słuchać.
Jeszcze raz dziękuję Ci Nicze za ten materiał - zgrałem to sobie (bardzo dobra jakość - 1080p) i puszczę go mojemu ojcu - bardzo mu pomoże, bo on już dawno "odkrył" niegodziwość Kościoła, ale wraz z tym odrzucił wszelką duchowość i teraz bardzo się męczy (stał się nerwowy), bo nie wie, co dalej... Ja mu tłumaczyłem "te sprawy", ale on twierdzi, że to "bajki", że to "niepoważne", a poza tym ja jestem jego synem, więc nie za bardzo uznaje mnie za "autorytet". Jak powiem mu coś "zbyt mądrego", to później się "odgryza", żeby koniecznie udowodnić mi, że sam wszystko "ogarnia", ale nie ogarnia, bo jego blokady mu na to nie pozwalają. Problem z nim jest taki, że on nie pozwala sobie na przemyślenia, na "kontemplację", która jest potrzebna by coś naprawdę poczuć i zrozumieć, coś głębszego - on nie daje sobie spokoju, tylko uważa, że cały czas musi robić coś "konkretnego", bo inaczej "traci czas".
Myślę, że Pana Krzysztofa posłucha :)
Spoko - z moim ojcem nie jest tak źle. Ostatnio nawet zainteresował się jakąś "apokryficzną" ewangelią - pokazał mi, że to czyta i zapytał o moje zdanie na ten temat. Powiedziałem mu, że tego "dzieła" nie znam i w sumie mu to "zaimponowało", że będzie wiedział więcej, niż ja :)
On nie potrafi czegoś - jak to się mówi - poczuć, tylko wszystko musi poznać rozumowo. Nie osiągnął jeszcze etapu "otwarcia" i nie potrafi czerpać w sposób naturalny wiedzy z "otoczenia" - z "góry", z "nadświadomości".
Kolega niedawno pytał mnie, czy czytałem jakieś książki z dziedziny psychologii. Psycholodzy też bywali zdumieni, skąd tyle wiem, bo zdarzało się, że wiedziałem i rozumiałem więcej niż oni z książek wyczytali...
A skąd Jezus wiedział tak dużo i rozumiał psychikę ludzką, że mógł ludziom pomagać rozwiązywać ich codzienne problemy?
- Skąd? - "Z góry" - wystarczy się wczuć :)
Każdy może to zrobić, tylko że Kościół wmawia ludziom, że są "niegodni", że nic nie rozumieją, i tylko kler ma monopol na kontakt z "Bogiem" i "go" rozumie :/
Może należałoby zacząć od tego, że "Bóg", to nie jest "on", więc przy pomocy samego rozumu "go" nie pojmiemy. Bóg "nadaje" na częstotliwości miłości i podobnie, jak kobiety "go" nie zrozumiemy, jeśli "go" nie poczujemy :)
A jakie doświadczenie z kobietami ma kler? - Raczej żadne :)
Chyba tylko takie, że kobieta ma być posłuszna :/
Najgorsze jest to, że kobiety coraz bardziej zaczynają naśladować mężczyzn, bo w tym "męskim świecie" to popłaca - oznacza "konkretną skuteczność" - im są bardziej bezwzględne, tym więcej osiągają. Boję się takich kobiet, bo to dla mnie już nie są kobiety i wraz z utratą przez nie "kobiecości" (miłości) można stracić nadzieję na to, że ten świat będzie "normalny", że nie zamieni się w jedno wielkie pole bitwy. Zdaję sobie sprawę z tego, że bezwzględna kobieta jest "silniejsza" od mężczyzny, więc tym bardziej się takich boję i się "poddaję". Tylko, że kobiety nie powinny być aż tak bezwzględne, bo to je jeszcze bardziej "wykoleja" niż mężczyzn. Pokażą, że są "silniejsze", że "pokonają" mężczyzn, ale co im to da? Będą wtedy szczęśliwe? Moim zdaniem nie.
Plusem tej całej sytuacji jest to, że "zaszczuty" przez kobiety (generalnie przez bezwzględność) mężczyzna zaczyna poszukiwać miłości "w sobie", bo coraz bardziej jej potrzebuje, więc się ogólnie uwrażliwia i zaczyna rozumieć, jacy ludzie być nie powinni.
A może "niechcący", podświadomie, takie "złe" kobiety chcą uzmysłowić mężczyznom, jacy nie powinni być i jak to jest poczuć coś takiego "na własnej skórze"?
Może w tym szaleństwie jest metoda na przepracowanie karmy ludzkości?
Wiem, że odbiegłem od tematu, ale tak już mam, że jak zacznę myśleć, to nie mogę przestać.
No dobra - na razie zaspokoiłem i zmęczyłem swoje szare komórki i czas zająć się czymś tak prozaicznym, jak spanie :)
Dobranoc :)