|
|
Nicze
Materiał dający do myślenia, ale...
Prowadzący sam się zbytnio podekscytował i poddenerwował.
Teologia to bagno - zastanawiając się nad tym ludzie tracą energię i zdrowie - albo ich to zdenerwuje, albo spowoduje mętlik w głowie i zmęczenie, i wtedy będą podatni na kościelne pranie mózgu - księża im wszystko prosto (prostacko) wytłumaczą, po czym delikwent osiągnie "święty spokój" - nie będzie już musiał myśleć i się zadręczać - Kościół pomyśli za niego i go "zbawi".
Ja wolę Jezusa niż Kościół.
Jezus od dziecka miał "na pieńku" z faryzeuszami i innymi kapłanami.
Był bardzo wrażliwy i czuł ludzi, przyrodę...
Faryzeuszom wytykał, że nie mają serca, są zimni i patrzą tylko w "święte księgi" mając klapki na oczach.
Jezus od dziecka wolał obcować z przyrodą, niż spędzać czas w "świętych budynkach". Pewnego dnia jakiś kapłan podszedł do Jezusa siedzącego nad jeziorem i zniszczył mu laską gliniane ptaszki (Jezus lubił je lepić, bo kojarzyły mu się z wolnością). Jezus się oburzył, a ten kapłan w odpowiedzi krzyknął coś w rodzaju: "marsz gówniarzu do kościoła" i chciał Jezusa zdzielić laską. Jezus go ostro "prześwięcił" - nie powiem jak, bo mało kto zrozumie.
Powiem tylko, że Jezus nie był religijny i stosował proste zasady - gdy widział, że ktoś (lub jakaś filozofia) czyni ludziom krzywdę, to "eliminował" sprawcę.
Ja nieraz rozmawiałem z księżmi i tłumaczyłem im, co źle robią, ale to nie ma sensu, bo oni o tym wiedzą (jak widzą, że ja to też widzę, to zaczynają się denerwować i uciekają), ale nie przestaną, bo zarabiają w ten sposób pieniądze.
Życzę energii i wielu sukcesów tym, którzy chcą walczyć z Kościołem, ale ja już nie chcę mieć do czynienia z "czarnymi" - wolę ich omijać szerokim łukiem. Generalnie walka ze złem odbiera energię walczącym i dodaje jej złu. Jedyny sensowny sposób, to ich olewać - jak nie dostaną od nas energii, to "padną". Dlatego właśnie zło trzeba izolować od normalnych ludzi - zamykać w więzieniach i innych miejscach odosobnienia. Jeśli chodzi o księży, to wysłałbym ich na Księżyc ;) A tak na poważnie, to zostawiłbym ich samych w kościołach.
A teraz fragment historii mojego życia...
Zadałem się kiedyś z biedną dziewczyną (tzw. margines) - zaopiekowałem się nią, ale wreszcie zorientowałem się, że nie mamy o czym rozmawiać. Słuchała mnie i potrafiła powiedzieć zdumiona: "ale ty mądry jesteś", tylko że ja potrzebowałem dialogu. Nie nadawaliśmy na tych samych falach. Całe szczęście znalazła sobie "swojaka".
Po latach (gdy już doszedłem do siebie po rozstaniu) poznałem kobietę, która została moją żoną - zrobiła na mnie wrażenie, bo była bardzo inteligentna, ale dość szybko się zorientowałem, że jest zimna i wyrachowana.
Rozstalibyśmy się, gdyby nie pojawiły się dzieci.
Że mnie nie kochała, to "szczegół", ale okazało się, że dzieci też nie kocha. Stosowała na nich "katolickie wychowanie" - biła od małego za byle co i wydawała "rozkazy" - miały bezmyślnie je wykonywać pod rygorem kar fizycznych i psychicznych. Oczywiście protestowałem, ale ona mnie łamała każąc mi przyglądać się jak się nad nimi znęca i mając do mnie pretensję, że jej "nie pomagam". Czepiała się do mnie o wszystko, na każdym kroku krytykowała, a dzieci nawet nie przytulała, tylko odtrącała i biła plastikową łapką na muchy gdzie popadnie. Ja je dużo przytulałem, dawałem mnóstwo ciepła... Ona zaś starała się wpędzić mnie i je w poczucie winy.
Obecnie nie mieszkamy razem - dzieci mają "raj" u moich rodziców: duży dom, dużo zieleni wokół, las obok, moja mama, która kocha dzieci i marzyła by zostać przedszkolanką i mój ojciec, który może wreszcie komuś opowiadać o życiu i serwować wspaniałe potrawy. Moje córki są bardzo inteligentne i ciepłe, a do tego wspaniale żartują.
Z matką wolą nie utrzymywać kontaktów (czasem ją odwiedzają, bo ściąga im z internetu różne "bajki" i kopiuje na dysk), a ja mam blisko do rodziców.
Moja żona żyje sama z jakiegoś zasiłku i nadal twierdzi, że praca jej się nie opłaca. Od kiedy moje córki mieszkają z moimi rodzicami (zostali sądownie rodziną zastępczą), to nie dostaje ode mnie alimentów. Jak z nią mieszkałem, to nie chciała pracować, ani nic robić w domu. Teraz nadal nie chce pracować, tylko zajęła się działalnością "duszpasterską" - chodzi częściej niż raz w tygodniu do kościoła, dużo czyta w internecie, drukuje i roznosi jakieś religijne ulotki.
Ostatnio otrzymałem pismo z jakiegoś "sądu" - okazało się, że to Sąd Metropolitalny - taki kościelny. Chcą mnie postawić przed tzw. Trybunałem, który składa się z kilku księży profesorów. Chodzi o rozwód - w ich języku nazywa się to "unieważnienie małżeństwa", a właściwie stwierdzenie, że małżeństwo było "nieważnie zawarte".
To rodzaj sądu "kapturowego" - nawet napisali mi, że nie muszę odpowiadać, a po upływie 10 dni rozpocznie się "proces". Nie wiem, co moja żona do nich napisała i nie obchodzi mnie to - wiem tylko, że wiele razy przy różnych okazjach kłamała - nawet bezpośrednio do mnie na mój temat :) Nieraz próbowała mi wmówić coś, czego nie robiłem, a jak ją na tym przyłapałem, to w następnych zdaniach zaprzeczała temu, co powiedziała wcześniej :) Kościół "wije się" i robi uniki w podobny sposób, gdy przyłapie się ich na kłamstwie.
Mógłbym spotkać się z "Trybunałem" i porobić sobie z nich "jaja", ale znudziły mi się już rozmowy z "czarnymi", bo argumentów nie mają żadnych w bezpośredniej rozmowie - gdy zauważą że mają do czynienia z inteligentnym człowiekiem, to uciekają zanim się rozwinę :) Wystarczy się ich nie bać i nie dać się zastraszyć, a szybko orientują się, że są na straconej pozycji. Oczywiście mniej "lotnym" i słabszym emocjonalnie ludziom zrobią krzywdę, więc nie polecam takim bezpośredniej konfrontacji z funkcjonariuszami Kościoła Katolickiego.
Mógłbym ich zupełnie olać, ale że lubię pisać, to coś do nich napisałem.
Oto moja odpowiedź:
Moja odpowiedź na sprawę nr (...) będzie obejmowała szerszy zakres, niż tylko ustosunkowanie się do pytań, jakie od Państwa otrzymałem.
Z moją żoną jesteśmy w separacji od około 10-ciu lat.
Na początku była "normalna", lecz z biegiem czasu popadła w fanatyzm religijny.
Zaczęła znęcać się nad córkami fizycznie (wielokrotnie biła je gdzie popadnie przy pomocy plastikowego narzędzia - tzw. "łapki na muchy", powodując u małych dzieci krwawe pręgi na nogach) i psychicznie - straszyła je piekłem (tym religijnym), a nawet zaprowadziła do egzorcysty wmawiając im, że są "opętane". Moja żona często, z wyraźnym zadowoleniem opowiadała córkom o "szatanie". Skutkiem tego jedna z moich córek trafiła na jakiś czas do szpitala psychiatrycznego, gdyż miała lęki, śniły jej się koszmary, nie mogła spać i myślała, że jest "zła".
Moja żona nie używa podstawowych zwrotów grzecznościowych, nie liczy się ze zdaniem drugiego człowieka, tylko próbuje wszystko narzucać na zasadzie "rozkazów" i zastraszania, stosując tzw. "katolickie wychowanie". Próbowała zniszczyć psychikę nie tylko moich dzieci (które są bardzo dobre i wrażliwe), ale i moją wmawiając wszystkim, że to, co robi jest "normalne".
Uprzykrzyła wszystkim życie i osiągnęła to, że niedługo zostanie pozbawiona praw rodzicielskich.
Ostatnio wypisałem dzieci z lekcji religii, a sam złożę akt apostazji.
Niebawem złożę pozew rozwodowy, w którym posłużę się tym, co powyżej napisałem - dziękuję za inspirację.
Noszę się też z zamiarem nagłośnienia sprawy przy pomocy gazety "Fakty i Mity" - dla dobra innych i ku przestrodze, do czego może doprowadzić fanatyzm religijny.
A teraz spróbuję ustosunkować się do konkretnych pytań, jakie od Państwa otrzymałem:
1. Nie istnieje taka możliwość.
2. Zgadzam się na jakikolwiek skład tzw. "Trybunału".
3. Uważam swoje małżeństwo za nieważne z przyczyn podanych powyżej i dlatego nie chcę mieć więcej do czynienia z tą kobietą, jak i z Kościołem Katolickim.
Jeśli zaś chodzi o moją obecność w "sądzie", to niestety jestem osobą pracującą i mój czas jest bardzo cenny, więc w Państwa "sądzie" się nie pojawię, tym bardziej, że nie chcę mieć już więcej do czynienia z osobami reprezentującymi instytucję Kościoła Katolickiego.
Na jakiekolwiek pieniądze ode mnie też nie macie co liczyć - wystarczy, że zapłaciłem 600 zł za ślub kościelny, czego z całego serca serdecznie żałuję.
Nadal mimo wszystko wierzę w Boga (tego prawdziwego, będącego ponad wszelkimi wymyślonymi przez człowieka religiami) i Jezusa, który powiedział dużo dobrego na temat dobroci i miłości bliźniego, ale faryzeuszy słusznie krytykował.
Pozdrawiam
Idźcie dalej własną drogą - nasze się tu rozchodzą.
Spotkamy się w innym wymiarze, gdzie Bóg oceni wszystkich po owocach, a nie wg jakichś ideologii.
|