http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/dr-magdalena-ogorek-o-slowach-ks-oko-ludzie-nie-potrzebuja-srogiego-tonu/qldj3
Nie tyle "ludzie nie potrzebują srogiego tonu", co już go nie trawią - działa na nich odwrotnie niż kiedyś - odstręcza od Kościoła.
"poseł Andrzej Jaworski z PiS, który szefuje parlamentarnemu zespołowi ds. przeciwdziałania ateizacji Polski"
- Nie wiedziałem, że istnieje taki zespół :))
Odnośnie słów Jezusa, to facet się rozwijał z czasem i miewał różne "humory" w zależności od sytuacji i ludzi, z jakimi miał do czynienia - do jednych dociera "marchewka", a na innych działa tylko "kij".
Natomiast typowo "kościółkowe" teksty dodano do jego wypowiedzi później, by były przynajmniej trochę zgodne z "faryzejską" doktryną KK.
Przy okazji...
W moim bloku od jakiegoś czasu wisiały na każdym piętrze kartki z zapowiedzią "wizyty duszpasterskiej" i adresem mailowym. Pomyślałem, że chętni pewnie muszą tam napisać.
Jestem chyba na "czarnej liście" (głupie określenie, bo w przypadku "czarnych" mogłoby wskazywać na coś odwrotnego), bo od kilku lat żaden ksiądz do mnie nie zajrzał, zwłaszcza po "szopce" jaką odwaliłem ministrantom, gdy przywitałem ich z mieczem samurajskim w ręku - nie wiedziałem, że to oni, a dzwonili zawzięcie około 22.00. Teściowa, która akurat u mnie była, pierwsza podeszła do drzwi, ale bała się otworzyć, bo powiedziała, że jakichś trzech tam stoi. Zaczęli znowu "walić" serią z gongu, więc się wkurzyłem, złapałem za miecz i sam im otworzyłem, by dać do myślenia natarczywym, nocnym gościom. Otwieram, a tam trzech młodych gostków stoi i szczęki im opadły. Jak doszli do siebie, to zapytali: "czy życzy sobie pan księdza po Kolendzie". Odpowiedziałem, że nie, dziękuję i energicznie zamknąłem im drzwi przed nosem. Po jakimś czasie zadzwonili z dołu z domofonu i usłyszałem: "kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie". Chyba dotknęło ich takie przywitanie, a mnie rozbawiła cała ta sytuacja.
Ale to było kilka lat temu, a wczoraj...
Zadzwonił do mnie kolega, gadamy sobie, a tu koło 20 ktoś dzwoni do drzwi, poszedłem otworzyć z komórką przy uchu, a tu... ksiądz.
Przez myśl mi nie przeszło, nie spodziewałem się, że ksiądz do mnie zajrzy. Zły moment wybrał. Patrzę na niego zdziwiony, jeszcze jakieś drzwi na piętrze się otworzyły (pewnie sprawdzał hurtem), więc pomachałem do niego ręką tak na boki na "hello", a do słuchawki (do kolegi) mówię: "ale numer - ksiądz". Więc tak - spojrzał na mnie uważnie, przywitał się: "niech będzie pochwalony", odpowiedziałem: "dzień dobry..., ale nie dzisiaj", po czym mówię do niego: "co ja gadam, w ogóle nie życzę sobie" i w tym momencie poczułem jakąś wrogość od niego, więc spojrzałem mu w oczy już mniej przyjacielsko, powiedziałem: "do widzenia" i zamknąłem drzwi, po czym roześmiałem się do kolegi. Dlaczego?
Bo ten ksiądz mnie zadziwił.
Po pierwsze drobny szczegół: mam na drzwiach mały znak atlantów - myślałem, że odstraszy "siły nieczyste", ale kto by zwracał na to uwagę.
Po drugie - powinien wiedzieć coś o mnie i przejrzeć jakieś ich "księgi" - nie wierzę, że nie mają jakichś notatek. Chyba, że to jakiś nowy, charyzmatyczny ksiądz z "misją nawracania". Dość młody facet o dosyć potężnej posturze - wysoki, "przy kości".
No cóż - jeszcze kilka lat temu bym go przyjął "dla jaj", ale zmądrzałem - ani on mnie, ani ja jego bym nie przekonał, a poza tym "szanujmy się".