| Brat: |
| "2.Wywyższanie negatywnej wartości jaką jest cierpienie do roli zbawczej."
Nie rozumiem czym jest w tym punkcie "wywyższanie" i nie zgadzam się z wydźwiękiem - kościół naucza o cierpieniu Jezusa i o naszym Zbawieniu, któe dokonało się przez Niego. Nie widzę żadnej różnicy aby zakazać nauczania o mrderstwach, zamachacgh stanu i wonach w szkole - przeceż to żywy brutalizm, który moze mieć katastrofalny wpływ na nasze pociechy... |
Albo celowo rżniesz głupa, albo w swym zaślepieniu rzeczywiście nie rozumiesz o co chodzi. Twoje porównanie jest zupełnie nieadekwatne. Przedstawianie dziecku zdarzeń opisywanych w historii w których często kipiało od nienawiści i zbrodni, a które to wpływały na obraz ówczesnych państw, społeczeństw, jednostek itd. z odpowiednim komentarzem, piętnującym wszelkie zachowania powodujące cierpienie ludzi - a indoktrynowanie go religijnymi treściami w tonie stu procentowej pewności dotyczącej ich prawdziwości - to zupełnie odmiennne kwestie.
Wpieranie dziecku, że cierpienie Boga, jego męczeńska śmierć - wyjednało dla ludzkości łaskę życia wiecznego w miejscu zwanym niebem, wmawianie mu, że naśladowanie Boga - Człowieka we wszystkim, czyli także ofiarowywanie swojego cierpienia za innych, które ma zbawczą moc - sprawia, iż niewinne dziecko w rzeczy samej chce naśladować swojego zbawcę. Może już nie postrzegać cierpienia jako zła, ale jako dopust boży, który staje się szansą w drodze do doskonalenia samego siebie, w drodze zbliżanie się do swego Mistrza. Cierpienie, które nie pochodzi od człowieka, zawsze można przypisac szatanowi, albo bożemu dopustowi, który ma być dla nas łaską, dzięki której możemy bardziej podobać się Bogu. Dzięki cierpieniu możemy zbliżyć się do Jezusa, pamiętając o jego męce na Kalwarii. Pokrętność tej pseudo-nauki jest doprawdy wyjątkowo perfidna. Gloryfikuje ona negatywną wartość poprzez ubieranie jej w fatałaszki miłosierdzia. Kwintesencją w katolickim nauczaniu jest gloryfikacja ofiary. Zbawienie wymaga ofiary - męczeństwo Chrystusa wyraźnie na to wskazuje, katolicyzm nazywa to najwyższym aktem miłości, boską łaską nieskończonego miłosierdzia. Małemu dziecku aż dech zapiera...
Rację ma katolicki teolog Eugen Drewermann, pisząc: "Został 'ofiarowany' mówi się, tak że opowiadanie o Jego śmierci w duszy każdego dziecka jest już odbierane z poczuciem smutku i musi wywołać nowe poczucie winy za własne winy" lub była katolicka teolożka, pani Uta Ranke-Heinemann: "Malarz Ernst Seler, po to, by zapobiec szkodliwemu wpływowi na własną córkę Elinę, zażądał w szkole usunięcia rzeźby ukrzyżowanego Chrystusa wielkości 80 cm, która wisiała w miejscowości Reuting w Górnym Palatynacie w klasie bezpośrednio nad tablicą. Był zdania, że: 'Uczniowie spoglądając na nią... zostają sparaliżowani w swoich siłach duchowych.' Katolicki ksiądz Josef Denk wczuł się w sytuację i zamiast wielkiego krzyża nad tablicą powiesił mały krzyż nad drzwiami. Ale kiedy Elina w 1988 roku zdała do trzeciej klasy, nad tablicą znowu zawisł ogromny krzyż z postacią Jezusa pogrążonego w strasznym cierpieniu, a wychowawca (osoba świecka) odmówił zdjęcia go. Ernst Seler i jego żona Renata zwrócili się do Bawarskiego Ministerstwa Oświaty i Wyznań Religijnych z zapytaniem, czy i dlaczego tak wielki krucyfiks musi wisieć nad tablicą. Odpowiedź Ministerstwa z Monachium, nosząca znak III/8-50938, sygnowana przez Dyrektora Departamentu, pana Kaisera, głosi: 'Krzyż, jako ponadkonfesjonalny symbol chrześcijaństwa w tej właśnie postaci szczególnie odpowiada wymogom chwili, by przypomnieć ponadpozytywistyczny wymiar państwowych programów kształcenia.' Oprócz tego 'wnosi on ogólnie pojmowane wartości chrześcijańskie w proces kształtowania charakteru uczniów'. ("Nie i Amen" Uta Ranke-Heinemann, Uraeus, Gdynia 1994).
Psychoterapeuta Tilmann Moser, dzięki swej gorącej wierze z okresu dzieciństwa, nabawił się nerwicy eklezjogennej, to znaczy nerwicy nabytej w Kościele. Oto fragmenty jego monologu do Boga z książki "Zatruwanie Bogiem":
"Byłeś w moim życiu takim rozczarowaniem, takim oszustwem (...) Byłeś dawniej tak przeraźliwie realny, obok ojca i matki byłeś najważniejszą postacią w moim dzieciństwie (...) Przetrwałeś w mojej strukturze psychicznej: całe sklepienia, trony, wewnętrzne amfilady pokoi i kaplic zostały dla ciebie stworzone. Zakwaterowałeś się we mnie niczym trucizna, której ciało nigdy nie mogło się pozbyć. Mieszkałeś we mnie jako moja nienawiść do siebie samego. Wprowadziłeś się we mnie jak trudna do wyleczenia choroba, gdy moje ciało i moja dusza były jeszcze małe. Z nich obydwu, choć przeznaczone były do większej swobody, uczyniono twoje mieszkanie, a ja byłem dumny, że zamieszkasz we mnie, małym chłopcu. (...)
Straszliwą ofiarę złożyłem ci z mojej wesołości, radości z siebie samego i innych, a zapłatą za to, oprócz spotęgowanego uczucia wybraństwa czy też walki o nie, była może odrobina miłości, może odrobina mniej potępienia. Ponieważ w sumie cię nienawidziłem z powodu upokorzeń, na jakie się godziłem, by ci się spodobać, by zaskarbić sobie twoją łaskę albo przynajmniej uniknąć twojej niełaski, musiałem cię coraz bardziej czcić, coraz żarliwiej błagać, żebym mimo wszystko choć trochę ci się podobał. Tak to stawałeś się coraz bardziej rzeczywisty (...) o to błagaliśmy na zakończenie każdego nabożeństwa, jakby nie było za czym bardziej tęsknić, niż za oglądaniem u sufitu nad sobą twojego wiecznie kontrolującego oblicza niczym twarzy starszego brata. Jako choroba we mnie jesteś chorobą niewykonalnych norm, chorobą polegającą na tym, że jest się skazanym na twoją łaskę, wyjednywaną przez urzędowych wyjednywaczy w uzupełnieniu do moich własnych błagań (...) , wbijano mi do głowy, jakby to pierwsze niemal nie wykluczało drugiego. A że ten twój szalony warunek istnienia jako tego, którego należy się bać i kochać, rodził zarazem nienawiść, tym bardziej należało się bać, tym bardziej się korzyć i być wdzięcznym za zwłokę, za to, że się jeszcze nie zostało odrzuconym (...) To stawiało mnie w sytuacji szczura z zadyszką, który ogarnięty coraz większą paniką coraz szybciej przebiera łapami w doświadczalnym młynku. Zrobiłeś ze mnie bożego szczura, gnane strachem zwierzę w twoim eksperymencie, z którego nie ma wyjścia. (...)
Podziwiałem Cię ze względu na Twą dobroć jak mi to przybliżyli Twoi słudzy, kiedy nie dopuściłeś do tego, by Abraham zabił Izaaka. Mogłeś tego z łatwością zażądać, uczyniłby to dla Ciebie (...) Nie wykluczone, że poczciwego Abrahama naszłyby jednak wątpliwości co do uprzywilejowanego charakteru jego stosunków z Tobą, gdyby został zbryzgany krwią Izaaka? W przypadku Twojego własnego Syna zachowałeś się mniej powściągliwie, dając upust własnemu sadyzmowi. ...a ja ponownie usiłowałem zgodnie z powszechnym wezwaniem, podziwiać Ciebie, albowiem dla mojego dobra, grzesznego człowieka, ofiarowałeś własnego Syna. To, rzecz jasna, wywołuje określone wrażenie... U żadnego kaznodziei nie zrodziło się dotąd podejrzenie, że może to nie z nami, ale z Tobą coś jest nie w porządku, jeżeli z wielkiej miłości do ludzi musiałeś dopuścić do zabicia swojego Syna".
Ostatni fragment Uta Ranke-Heinemann kwituje następująco: "Historia ofiarowania Izaaka jest przerażająca. U dziecka ta historia może wywołać koszmarne sny i nawet teologa, który potrafi dać odpowiedź na każde pytanie, może przyprawić o bezradność. Gdyby Abraham żył dzisiaj i miał zamiar na ołtarzu całopalnym ofiarować swego syna na rozkaz Boga, wówczas tego Abrahama umieszczono by w zakładzie zamkniętym.". Słów, które najczęściej używa Moser w swojej książce to "potępienie", "bycie przeklętym", "ofiarować", "zabijać" i "krzyż"...
Słuszne więc jest stwierdzenie, że "dziecko, którego psychikę ukształtuje zasada ponoszenia odpowiedzialności za podejmowane wybory i działania będzie na ogół mniej skore do pokładania swego losu w "woli bożej", gdyż będzie preferowało aktywne kreowanie tegoż własną pracą i uporem kosztem zanoszenia próśb i modłów do bogów, tudzież ofiar pieniężnych dla księży-pośredników." A także przede wszystkim będzie unikać cierpienia, a nie oczekiwać go jako manny z nieba spadającej, będącej wynikiem łaski Boga. Większa szansa w takim wypadku na działanie nakierowane w stronę przeciwdziałania cierpieniu z racji nie godzenia się z nim, niż w przypadku traktowania tej negatywnej wartości jako zbawiennego środka, uszlachetniającego procesu, który "zbliża do Jezusa".
Tzw. święty Franciszek wręcz cieszył się, że go poniewierają, biją - wierzył bowiem, iż w ten sposób może zbliżyć się do Boga, że cierpienie, które nań spływa może ofiarować jako zadośćuczynienie za grzechy innych lub jest ono jego udziałem ze względu na grzechy własne. Taki marazm, takie zaniżanie własnej wartości, takie duchowe pomroki w zdecydowanej większości wypadków wychowają ( a raczej wytresują) człowieka potulnego, ubezwłasnowolnionego, spolegliwego, nieskorego do zdecydowanych działań przeciwstawiających się złu, skorego do ślepiej wiary w to, że pasmo cierpień, które go w życiu spotyka to przede wszystkim okazja do doskonalenia się - należy więc cieszyć się z takiej łaski. Bóg mnie kocha, pamięta o mnie, im więcej cierpienia - tym lepiej. Doprowadza to do sytuacji, w której takie osoby nie tylko wnoszą dziękczynienie Bogu za to, iż obdarza ich łaską cierpienia, ale wręcz zabiegają o nie - chcą więcej, proszą, a nawet błagają.
To się nazywa katolicka droga do doskonałej miłości w oparciu o łaskę bojaźni bożej. Niektórzy umierają w szpitalach w straszliwych męczarniach, takie cierpienie może odzierać z człowieczeństwa, pozostawia w oczach najbliższych bardzo przykry wizerunek ostatnich chwil, ale np. według Matki Teresy (nie tylko uważanej za zupełnie normalną, ale nawet czczoną powszechnie jako przyszłą świętą) jest darem Boga, którego to, broń Boże, zrzec się nikt nie może.
W myśl powyższego nie może dziwić fakt, iż Freud każdą religię wiązał z nerwicą natręctw, a niemiecki psychoanalityk Fritz E. Hoevels przyrównuje katolicyzm do nerwicy histerycznej.
Pozdrawiam serdecznie