|
|
Ma piatke dzieci, w tym czworke takich, ktore unikaly chodzenia do kosciola. Ona i jej maz robili wszystko, by nas zmusic do chodzenia do kosciola, wlaczajac tez brutalne metody, lecz to na nic. Dzis ona jest chora. Czy ta walka miala sens?? Nasza czworka szanuje Jezusa Chrystusa, lecz zrodlem konfliktu jest brak akceptacji dla koscielnych rytualow i dogmatow. Wraz z momentem, w ktorym przestalam chodzic do kosciola, oni przestali mnie traktowac jak czlonka rodziny. Ich zawzietosc byla tak duza, ze juz nie szlo im udawanie, iz kochaja. Polecalam matce psychologa, medytacje, zdrowa diete, odpuszczenie win, lecz jej poczucie wlasnej waznosci przejelo nad nia kontrole. Zostalam oskarzona o rzeczy, ktore byly poza moja wina. Matka zyje przerazajacym i iluzorycznym obrazem wlasnych dzieci, ktorego za nic w swiecie nie chce zmienic. Dotego dochodzi jej niezrealizowana ambicja, ktora sprawia, iz obraz szczescia jej dzieci stalby w kolizji z obrazem jej nieszczesliwego malzenstwa. Wina za nieudane malzenstwo obarcza nas, a szczegolnie mnie, te, ktora stworzyli przed slubem, w namiocie, czy gdzies tam. To bardzo romantyczne moim zdaniem, lecz kosciol katolicki kaze im czuc sie winnym za to, iz pozwolili sobie na wybuch namietnosci. Ich oddanie dla kosciola jest tak wielkie, iz wygonili z domu prawie wszystkie dzieci wykanczajac je psychicznie. Ta walka trwa byc moze i teraz, choc w domu z piatki pozostala tylko dwojka.
|