|
|
zanim zaczniesz medytowac Doman to przeczytaj to autentyczna swiadectwo kogos pokroju Martynki - mojego brata Piotra:
Miałem 10 lat kiedy zmarła nasza mama. Zmarła po długiej chorobie na raka. Wtedy całe nasze życie legło w gruzach.
Nasza matka była głową rodziny, osobą nad wyraz religijną i uczuciową. Była czynnym członkiem wspólnoty "Odnowy Ducha Świętego" w Kościele Katolickim. Za swoje zasługi dostąpiła tzw. "Białej Mszy".
Już za czasów dzieciństwa miałem kontakt i styczność z wszelakimi spotkaniami wstawienniczymi oraz szczerze i gorliwie modlącymi się osobami. Co niedzielę uczęszczaliśmy do kościoła. Kiedy nasza mama zachorowała, wspólnota naturalnie opiekowała się nami, służąc nam i modląc się nieustannie. Nawet mój tata z ateisty stał się osobą wierzącą. Były także proroctwa dotyczące uzdrowienia. Wszyscy żyli nadzieją.
Niestety mama odeszła. Po dwóch latach cierpienia. Nasze całe podejście do wiary oraz kościoła upadło. Tak jakby się załamało. Czuliśmy się oszukani i samotni. Straciliśmy wiarę w lepsze jutro. Mój ojciec odwrócił się od wszystkiego, przede wszystkim od Boga. Nie mógł pojąć dlaczego go to spotkało. Moja mała, wtedy 6 letnia siostra na szczęście nie rozumiała tego tak dobrze jak ja.
Przyjąłem rozumowanie taty, czując w tym rację i swoisty bunt, który udzielał mi się z dnia na dzień. Przestałem myśleć nad czymkolwiek, traktując wszystko bezcelowo. Opuściłem się w nauce popadając tylko w jeszcze głębsze samoumartwianie się. Swoją bierną postawą do życia wzbudziłem niemałe zainteresowanie swoich rówieśników z klasy a także troskę wśród nauczycieli. Część moich znajomych poszła w ślad za mną, co budziło u innych spore kontrowersje. Niestety wysyłanie mnie do psychologa, w niczym mi nie pomogło. Szkoła podstawowa była dla mnie czasem wielu niepokojących sytuacji i upokorzeń. Popadając w złe towarzystwo stałem się odmieńcem, o tyle złym, że wabiłem do siebie innych. Mój bunt przeradzał się w gniew, lecz ciągle potrzebowałem jakiegoś wyjścia, wiary, co za tym idzie religii. Zawsze interesowałem się magią oraz fantastyką, tym co ponadnaturalne. Zacząłem w to coraz bardziej brnąć, dając sobie samemu ujście własnym emocjom. Szkołę podstawową ukończyłem nie ucząc się praktycznie wcale. Ciągle uciekałem, wściekałem się, imprezowałem, kradłem, upijałem się i brnąłem dalej w to co szeroko pojęte nazywa się magią.
Do liceum dostałem się za sprawą łapówki, w końcu się nie uczyłem. Mogę powiedzieć, że ja i moja stara paczka kumpli trafiliśmy razem do jeszcze gorszego miejsca niż wcześniej. Narkotyki, alkohol, kradzieże były na porządku dziennym. Poznając bardzo wpływowych ludzi moje zachowanie tylko się pogorszyło. Wręcz puściły mi pewne bariery, które miałem wcześniej. Poprzez wszelkie rozboje i utarczki, rzeczą oczywistą nie zdałem pierwszej klasy. To jeszcze bardziej mnie tylko buntowało.
Rzeczy i zjawiska paranormalne, w które tak brnąłem zaczęły odzywać się do mnie z tamtej strony.
Już za czasów podstawówki pochłaniałem wszelką literaturę dotyczącą magii. Już wtedy był to czas moich pierwszych rytuałów i zetknięcia się ze światem duchowym. W wolnych chwilach ciągle poświęcałem temu czas. Czerpałem satysfakcję z moich niecodziennych zdolności. Ingerowałem w czyjeś życie, zsyłałem na ludzi choroby i nieszczęścia oraz manipulowałem nimi w różny sposób. Im częściej mi się to udawało, tym bardziej w to brnąłem. Miałem nadludzką siłę, moje ciało nie męczyło się w normalny sposób. Widziałem fakty i zdarzenia z życia innych ludzi. Używałem telepatii i żerowałem na uczuciach innych. Przez to wszystko nie radziłem sobie z nauką. Po rozmowie z dyrektorką liceum dostałem możliwość powtórzenia pierwszej klasy. Tym razem to ja wyuczony we wszystkim co złe zrobiłem duże wrażenie na nowej klasie. Naszym wychowawcą została bioenergoterapeutka zafascynowana ezoteryką. Można powiedzieć, że od pierwszych chwil znajomości z tą kobietą, temat rozmów był oczywisty. Osoba ta pokazała mi i nauczyła mnie wszystkiego co było jej pasją. Jak to się mówi "wpadłem z deszczu pod rynnę". Drugi rok liceum był dla mnie rokiem doskonalenia się w dziedzinie ezoteryki. Wierzyłem w prawo karmy, reinkarnację. Ćwiczyłem oddech, punkty energetyczne na ciele (tzw. czakramy), wychodzenie z ciała, kontaktowanie się z tamtą stroną, oddziaływanie na innych oraz samoudoskonalanie się.
W moim domu zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Niekiedy słychać było czyjeś głosy, kroki, przedmioty samoistnie poruszały się oraz dało się odczuć czyjąś obecność. Rodzina reagowała strachem. Klimat ten coraz bardziej zaczął mnie przytłaczać. Nawiedzały mnie pierwsze paraliże nocne, makabryczne sny i wizje. Miałem ataki wściekłości, nagłe zmiany nastrojów i coraz częstsze depresje. Chociaż kondycyjnie czułem się świetnie i władałem nadludzką mocą, tak naprawdę byłem strzępkiem nerwów.
Drugiej klasy także nie ukończyłem, zostałem wyrzucony ze szkoły. Niektórzy z moich znajomych zostali wyrzuceni tak jak ja. Aby uciec przed wojskiem poszedłem do kolejnej szkoły, tym razem płatnej. Było to liceum eksternistyczne, gdzie uczyli się ludzie z problemami, niektórzy starsi ode mnie o dziesięć lat. Poznałem tam jednego kumpla, długowłosego jak ja, z którym notorycznie uciekałem ze szkoły. Łażąc po parkach i sklepach i dobrze się bawiąc, któregoś dnia stwierdziliśmy, że chyba nie warto już tam wracać. Tak zakończyła się moja edukacja i rozpoczęły się moje dwuletnie wakacje. Dziwnym trafem wojsko zapomniało o mnie na rok.
W tym czasie po prostu obijałem się. Miałem czas na okultyzm, muzykę, wyjazdy i cokolwiek żeby zabić nudę. Pewnego dnia mój stary znajomy Łukasz poznał pewnego człowieka, który był pastorem i nawrócił się. Jego życie zmieniło się diametralnie, stał się on zupełnie innym i lepszym człowiekiem. Często mówił mi i moim kumplom o Bogu i Jego wielkiej miłości. Opiekował się nami i odwiedzał nas. Dość szybko zaczęło nas to niepokoić. Uznaliśmy go za fanatyka. On jednak nie przestawał nam głosić Jezusa, który jak twierdził oddał za nas życie. W większym stopniu mi to nie przeszkadzało, dopóki nie dowiedziałem się, że jeden z moich najbliższych kumpli regularnie uczęszcza na grupę. Od razu pobiegłem do niego i zrobiłem mu wielką awanturę. Chciałem także dorwać Łukasza i wypisać mu butem na twarzy aby zostawił nas w spokoju , zdala od swojej sekty. Na szczęście Bóg nad nim czuwał i nie zrobiłem mu nic oprócz przykrych słów i prześladowań.
Lecz ze mną było coraz gorzej, czułem się fatalnie. Myślałem nawet nad tym aby odebrać sobie życie. On jednak mimo tego wszystkiego modlił się za mnie wraz z całą grupą i opiekował się mną, odwiedzając mnie i głosząc mi wciąż ewangelię. Pewnego razu, kiedy byłem u niego, wyjaśnił mi wszystko krok po kroku, co mam uczynić aby nawrócić się i uwolnić od mojego obecnego stanu. Tej nocy wracałem od niego rowerem i postanowiłem uczynić tak jak on mi to przedstawił. Byłem sam na środku drogi i była to moja pierwsza modlitwa. Zacząłem przepraszać Boga za wszystkie moje grzechy i szczerze żałować tego. Przyznałem się do nich wszystkich i błagałem Go o wybaczenie. Wtedy Bóg przyszedł do mnie i poczułem tak niesamowitą radość i wolność w Nim, że aż się rozpłakałem. Poczułem się zupełnie czysty, tak jakby On zapomniał o tym wszystkim co mu uczyniłem przez te wszystkie lata. Cały czas czułem stan euforii i radości aż dojechałem do domu.
Kładąc się spać nadal byłem pod niesamowitym wrażeniem. Lecz kiedy zamknąłem oczy poczułem, że nie mogę ich otworzyć. Moje ciało znowu było sparaliżowane. Poczułem znany mi szum w głowie i czyjąś obecność. To był demon, który mnie prześladował. Wszedł mi na klatkę piersiową i zaczął mnie dusić. Postanowiłem się bronić i stwierdziłem, że skoro mam moje ciało, to wyjdę z niego duszą. Ledwo wyczołgałem się z ciała, kiedy on podleciał do mnie i zaczął mnie ciskać po wszystkich ścianach i suficie. Postanowiłem szybko więc wrócić do mojej leżącej postaci. Kiedy to zrobiłem on wygiął mnie w łuk i przysunął plecami do ściany. Znowu byłem duszony. Kiedy już żadna z moich metod nie skutkowała postanowiłem się modlić.
Minęło może 10 minut i kiedy brakowało mi już oddechu, on tak jakby pokazał mi się w moim umyśle i zobaczyłem coś czego nie mogłem pojąć własnymi myślami ani wzrokiem. Widziałem tak jakby jego postać. Brunatny korpus, coś jakby twarz, purpurowe naramienniki i wiele latających dookoła świetlistych odnóży. Na moją interpretację coś jakby skrzydła. Stał on ode mnie lekko oddalony i krzyczał do mnie w niezrozumiałym języku i mrocznym dialekcie. W końcu puścił mnie i natychmiast wstałem. Paraliż ustał a ja zacząłem chodzić po pokoju i zastanawiać się nad tym co tak naprawdę przed chwilą miało miejsce. Bardzo bałem się zasnąć. W końcu jednak usnąłem ze zmęczenia.
Następnego dnia wszystko dookoła mnie było dla mnie nowością, tak jakbym był nowonarodzonym człowiekiem. Wtedy naprawdę zdałem sobie sprawę co takiego uczyniłem i jak wielkie szczęście i łaska u Boga ocaliły moje życie. Od tamtego czasu rozwijam się i wzrastam w Panu a On poprzez wszystkie te próby i burze pomnaża mi łaski, duchowych darów oraz swojej miłości.
Dzisiaj mocno stojąc w Panu, aż sam się dziwię co robiłem przez ten czas, w którym tak wiele inwestowałem w to, co okazało się dla mnie niemalże śmiertelne.
Teraz każdego dnia czuję Jego obecność i cieszę się, że jestem Jego dzieckiem i to w Nim mam życie wieczne i wszystko czego mi potrzeba.
Jeśli czytasz to świadectwo i widzisz niektóre te rzeczy w swoim życiu, albo w życiu innych oznacza to, że jest to najwyższy czas aby przerwać ciszę, która może cię zabić. Jeśli chcesz porozmawiać, chętnie odpowiem na każde twoje pytanie.
[%sig%]
|