|
|
ogólnie nigdy nic ciekawego mi się nie ni
jest jednak 1 sen, który powtarza sie doć często, a mianowicie
jest noc wyglšdam z okna swojego mieszkania (naste piętro-ładny widok), widze Pałac Kultury, most siekierkowski itd. stoje na balkonie, jest spokojnie nagle czuje niepokój i widze samolot, porusza sie doć szybko, ale to napewno samolot. w pewnym momencie od spodu wypada mu jasna rzecz, która po kilu chwilach styka się z ziemiš (jest to gdzies na wysokosci trasy łazienkowskiej, ale jeszcze przed mostem poniatowskiego [nie wiem czy nie pojebalem nazwy mostu]) w momencie zetkniecia sie z ziemia, pojawia sie olepiajšcy błysk. we nie myle sobie że to wybuch jšdrowy i już po mnie. kiedy tak myle, cofam się o kilka minut w przeszłoć i po chwili znowu widze ten samolot i sytuacja sie powtarza-znowu mysle sobie, ze juz po mnie. co ciekawe znowu cofam sie w przeszłoć o kilka minut i znowy widze ten cholerny samolot, ale mysle sobie, ze tym razem nie padne w momencie zderzenia sie ladunku z ziemia, tylko go poobserwuje. i tak tez robie, pakunek uderza w ziemie, blysk... który z małego okregu robi sie coraz większy (tak jakby rzucic kamień na wode, od srodka rozchodzi sie kršg) i rozchodzi po całej Wawie. przysluchuje sie-jest absolutna cisza. we snie mysle sobie ze to nie mogl byc wybuch ładunku nuklearnego, bo nie ma grzyba ni zadnego hałasu. kiedy tak myle sobie, obok mnie pojawia sie jakis czlowiek, mężczyzna, nie znam go, on mowi ze teraz wiem co to za wybuch (we snie powiedzialem sam do siebie-to jakas bron chemiczna/biologiczna) i mam troche czasu zeby zmienic historie. na jego ręku zobaczyłem zegarek, ktory wskazywał 15:36, a wybuch mial nastapic chyba o 17:36. tylko bylo to dziwne, bo bylo ciemno, a nie byla to napewno zima, wiec o godz. 17:36 bylo juz ciemno jak w dupie. po jego słowach obudziłem się i tyle.
mam nadzieje, ze ten sen nie ma zadnego znaczenia
|