Jestem niezalogowany   zaloguj mnie   /   rekrutacja


Forum - Świat Tajemnic


Nowy temat | Spis tematów Nowszy wątek | Starszy wątek
kosmici
Ilość wypowiedzi w tej dyskusji: 50

kto porozmawia o kosmitach

tak tylk o z eja sie czasami potwornie balam.. [%sig%]

To normalny ludzki objaw -strach- Bedzie nam towarzyszył zawsze, wszedzie i w naj mniej oczekiwanym momecie naszego zycia. Wszystko co jest nie znane ludzkoœci i nowe, nie doswiadczone budzi groze i strach..

chyba kpisz

Midi A ja mam inaczej - takie rzeczy budzš u mnie ciekawoœć i podniecenie. [%sig%]

Nie idź przede mną, bo może za tobą nie pójdę. Nie idź za mną, bo może nie potrafię pokazać ci drogi. Idź koło mnie i bądź moim przyjacielem. http://wendol.cba.pl wendol@o2.pl

To co popełniłaœ samobójstwo? [%sig%]

oj tam nie wicie naprawde o co chodzi..kosmici..ja tu widze umnie w pokoju 2 i co Wy na to? bo ja nie jestem zdziwiona:) Tylko szczęsliwa!hehe!i dołšczam sie do ,,jasnej''! a i ja tez mam klase kosmitow:):)<lol2>

debile skad wy wiecie czy kosmici pobieraja energie z bolu???? hahahahhahahha

Anonim napisał "Niezwykła historia, która wydarzyła się w Dolomita Przeżycie, które przedstawiam poniżej, miało miejsce się w lipcu 1968 roku i wywarło na mnie tak głębokie wrażenie, że bioršc również pod uwagę szyderstwa, z jakimi się spotkałem, kiedy usiłowałem opowiadać o nim ludziom, zamilkłem na prawie jedenaœcie lat. Milczenie to przerwałem w roku 1979, kiedy otrzymałem możliwoœć opowiedzenia swojej przygody na falach prywatnej stacji radiowej Radio Nord Bolzano nadajšcej w południowej częœci włoskiego Tyrolu. Moja relacja wzbudziła tak duże zainteresowanie, że zaproszono mnie następnie do Rzymu, abym opowiedział jš ponownie w audycji Italian International R.A.I. Network z udziałem sławnej aktorki Sandry Milo, która mnie zapowiedziała. Również ta audycja spotkała się z ogromnym odzewem i wywołała falę próœb o bardziej szczegółowe dane, której rezultatem jest ten opis. W roku 1968 pracowałem w pewnej firmie z Bolzano jako jej przedstawiciel na Południowy Tyrol. Urodziwszy się w Dolomitach (w Campitello di Fassa) zawsze z wielkš przyjemnoœciš podróżowałem po tym regionie. Właœnie tam pewnej lipcowej nocy owego roku przeżyłem przygodę z UFO. Spędziwszy wieczór w towarzystwie młodej Holenderki przybywajšcej na urlopie w St. Kassian w dolinie Gader, pożegnałem się z niš o północy i pojechałem przez przełęcz Grödner a następnie Sella do Campitello, gdzie moja ciotka prowadzi hotel o profilu sportowym. Pogoda owej nocy nie była zbyt dobra. Niebo pokrywała gruba warstwa chmur i tylko z rzadka przeœwitywały przez nie gwiazdy. Od czasu do czasu drogę okrywały całuny oparów zasłaniajšcych widok gór, tak że musiałem jechać bardzo wolno i często zatrzymywać się w celu sprawdzenia, czy jadę we właœciwym kierunku. Kilkakrotnie byłem o włos od zjechania z drogi, wobec czego postanowiłem przy pierwszej nadarzajšcej się okazji zjechać na pobocze i zatrzymać się, a następnie trochę się przespać. Po przejechaniu przełęczy Grödner dojechałem do miejsca, w którym obok drogi znajdował się usypany kopiec piasku, i zatrzymałem się, po czym odchyliłem oparcie siedzenia do tyłu, aby móc się wygodnie ułożyć. Było około pierwszej w nocy, czułem się bardzo zmęczony i senny. Nagle ocknšłem się i poczułem silny odór, jak gdyby coœ się paliło. W pierwszej chwili pomyœlałem, że to pewnie pali się mój Fiat 600 na skutek jakiegoœ zwarcia w instalacji elektrycznej. Chwyciłem latarkę i szybko wyskoczyłem z samochodu. Dokonałem szybkich oględzin i okazało się, że wszystko jest w idealnym porzšdku. Kiedy obchodziłem wokoło samochód dostrzegłem przeœwitujšce przez mgliste opary œwiatło znajdujšce się, jak mi się zdawało, po drugiej stronie drogi nieco niżej na zboczu w odległoœci około 500 metrów. Wyglšdało, jakby pochodziło z tarasu jakiegoœ hotelu, co mnie zaintrygowało, gdyż dobrze wiedziałem, że w tej okolicy nie ma żadnych hoteli ani domów mieszkalnych. Cała ta okolica była zupełnie nie zamieszkana. Znałem te tereny jak własnš kieszeń, gdyż przejeżdżałem tędy co najmniej tysišc razy. Po niedługim czasie opary mgły rozwiały się i ujrzałem ogromny obiekt z bardzo dziwnym œwiatłem. Serce waliło mi jak młotem i nagle przypomniało mi się spotkanie z dziwnym pustelnikiem, do którego doszło w roku 1942, kiedy służyłem jeszcze w wojsku. W owym czasie przebywałem na lotnisku Gadurra na greckiej wyspie Rodos, gdzie pełniłem funkcję tłumacza między dowództwami włoskiego i niemieckiego lotnictwa. Mieszkańcy wyspy cierpieli strasznš biedę i prawie codziennie przychodziła do mnie mała grecka dziesięcioletnia dziewczynka prosić o kawałek chleba. Cieszyłem się względnš swobodš, jako że zawsze towarzyszyłem wyższym oficerom, i praktycznie nie było możliwoœci œcisłego kontrolowania moich ruchów, ponieważ raz znajdowałem się w niemieckim dowództwie, a kiedy indziej we włoskim. Dzięki temu miałem doœć dużo wolnego czasu i mogłem poœwięcać go na zdobywanie lepszej żywnoœci z wojskowej stołówki dla tej małej dziewczynki o twarzy aniołka. Pewnego dnia zapytałem jš, czy zanosi wszystko, co dostaje, do domu, oraz ilu ma braci i sióstr. Dziewczyna powiedziała, że ma tylko rodziców i że połowę tego, co dostaje, oddaje Œwiętemu Człowiekowi, który mieszka w górach od ponad stu lat i nigdy nie schodzi w dolinę. Powiedziała również, że jest jedynš osobš, której wolno zanosić mu pożywienie i rozmawiać z nim. Wiele tygodni zajęło mi przekonanie jej, aby zabrała mnie z sobš do tego człowieka. Kiedy moje oczy po raz pierwszy spoczęły na jego sylwetce zaszokowała mnie jego chudoœć. Jego pomarszczona skóra wyglšdała jak skórka upieczonego jabłka, był prawie nagi, miał długie włosy i brodę, zaœ oczy czarne jak węgiel i błyszczšce. Nie wycišgnšł do mnie ręki na powitanie, lecz uniósł jš do góry. Przeniknšł mnie wzrokiem na wskroœ i powiedział: &#8220;Esi kala&#8221; &#8211; co znaczyło: &#8220;Jesteœ dobry&#8221;. Od tego czasu zaczšłem spędzać z nim dużo czasu, czasami nawet po kilka dni. Aby uniknšć dochodzenia, co się ze mnš dzieje, we włoskim sztabie oœwiadczałem, że udaję się do Niemców, którzy aktualnie mnie potrzebujš, po czym w sztabie niemieckim oœwiadczyłem coœ wręcz przeciwnego. Tym sposobem udawało mi się uniknšć kłopotów. Pustelnik powiedział mi, że ma ponad sto lat i nauczył mnie odczytywać najważniejsze znaki na ludzkiej dłoni oraz jak okreœlać charakter człowieka na podstawie jego twarzy. Nauczył mnie również modlitwy w starożytnym greckim, którš należy odmawiać zawsze dokładnie o tej samej porze dnia wchodzšc w trans. Jest to, jak mi wyjaœnił, potrzebne do oczyszczenia ducha i uzyskania dodatniego wpływu ze strony Kosmicznego Pola Magnetycznego. Raz w miesišcu pogršżał się w samotnoœci i nieruchomiał na dwa dni upodabniajšc się do pomnika. Oœwiadczył mi, że posiada umiejętnoœć podróżowania po wszechœwiecie, że istnieje niezliczona iloœć planet położonych bardzo daleko od układu słonecznego zamieszkanych przez inne istoty. Przepowiedział, że pewnego dnia spotkam istoty z kosmosu, które będš na to dowodem. Poprosiłem go, aby powiedział mi coœ więcej na temat mojej przyszłoœci, lecz oznajmił mi, że głos mojego sumienia już poszukuje Œwiatłoœci i że jedyne, co powinienem zrobić, to iœć dalej tš drogš, którš kroczę. Powiedział mi także, że kiedy już uda mi się osišgnšć odpowiedni stopień koncentracji w czasie modlitwy, której mnie nauczył, będzie mógł dać mi znak swojej obecnoœci, który będzie bardzo silnym zapachem. Po kilku latach zaczęło mi się udawać raz na trzy lub cztery miesišce osišgnšć ten stopień koncentracji i wówczas bez względu na miejsce, w którym się w tym czasie znajdowałem, wokół mnie roztaczała się woń róż i konwalii. Wróćmy jednak do tego wielkiego obiektu. Szybko zdałem sobie sprawę, że to jest ten moment, który przepowiedział stary pustelnik. Grunt obniżał się wzdłuż zbocza wzgórza i ponieważ było bardzo ciemno, musiałem wzišć latarkę. Schodziłem na dół w kierunku poziomo ukształtowanego terenu, na którym stał ten obiekt. W miarę jak się do niego zbliżałem, był coraz lepiej widoczny. Po chwili w oparze mgły ukazała się następna przerwa i serce gwałtownie mi zabiło. Czułem, jak na szyi pęczniejš mi żyły, ale nie bałem się &#8211; nigdy nie bałem się niczego. Byłem po prostu niezwykle podekscytowany. Obiekt był piękny, wręcz cudowny. Miał srebrzysty kolor, około 80 metrów œrednicy, stał na trzech podporach wysokoœci około 2 metrów zakończonych łapami o mniej więcej takiej œrednicy. Otoczony był białym œwiatłem, zaœ zapach spalenizny, który mnie rozbudził, był niezwykle intensywny. Kiedy zbliżyłem się do niego na odległoœć około trzech metrów, poczułem, że coœ mnie zatrzymuje. W jednej chwili odniosłem wrażenie, że moje ciało waży 1000 kilogramów. Nie mogłem zrobić najmniejszego ruchu i z trudnoœciš oddychałem. Przezroczysta kopuła na szczycie pojazdu zajaœniała jasnym œwiatłem i dostrzegłem pod niš dwie spoglšdajšce na mnie istoty. Po prawej stronie obiektu znajdował się robot wysokoœci około 2,5 metra, który stał na trzech nogach i miał cztery ręce. Trzymał jakšœ zewnętrznš częœć pojazdu i obracał niš. Po chwili ze œrodka pojazdu wystrzeliła wišzka œwiatła o œrednicy około dwóch metrów, której barwa zmieniała się od fioletowej do pomarańczowej. Wzdłuż niej w mojš stronę przemieszczała się ubrana w obcisły kombinezon z przezroczystym hełmem na głowie postać. Istota miała około 1,6 metra wzrostu. Podeszła do mnie i stanšwszy w odległoœci około jednego metra ode mnie uniosła rękę do góry, pozdrawiajšc mnie dokładnie tak samo, jak ów stary pustelnik. Mam trudnoœci z dokładnym opisem uczuć, jakie mnie ogarnęły na widok tej istoty. Miała piękne niebieskie oczy, które sprawiały na mnie dziwne i zarazem przyjemne wrażenie. Czułem się lekki i wolny jak piórko i jednoczeœnie byłem bardzo spokojny. Przyglšdałem się tej istocie zachłannie. Była taka jak my. Przezroczysty hełm zaczynał się na ramionach i otaczał całš głowę. Zapytałem po włosku tego z wyglšdu męskiego osobnika, skšd przybywa, i zanim zdšżyłem wypowiedzieć do końca to pytanie, otrzymałem odpowiedŸ skierowanš bezpoœrednio do mojego mózgu, tak jak gdybym zawsze jš znał. Planeta, z której przybył, leży bardzo daleko od naszej galaktyki, jest dziesięciokrotnie większa od Ziemi i ma dwa słońca, jedno duże i jedno małe. Ich doba jest znacznie dłuższa od naszej. Jedna trzecia dnia jest mniej jasna od pozostałej jego częœci, zaœ noc jest bardzo krótka. Roœlinnoœć na ich planecie przypomina naszš. Sš tam bardzo wysokie góry i niezmiernie wysokie drzewa. Majš tak jak my dwa lodowe bieguny i bezludne kamieniste obszary. Majš również zwierzęta przypominajšce nasze, lecz innej budowy i rozmiarów. Potem zapytałem go, jak żyjš i co jedzš. OdpowiedŸ była natychmiastowa. Jego usta poruszały się lekko, lecz nie słyszałem jego głosu. Myœlę, że swoje odpowiedzi przekazywał mi telepatycznie. Powiedział, że nie pracujš, że wszystko wykonywane jest automatycznie. Wszyscy sš równi sobie i każdy ma to, na co ma ochotę. Sš u nich również istoty podobne do małp, które wykonujš pewne prace, takie jak hodowla owoców i warzyw, zbieranie plonów itp. Potem, kiedy już przyjrzałem się mu dokładnie od czubka głowy po palce u nóg, dał mi do zrozumienia, że ten typ budowy najbardziej nadaje się do egzystowania na jego planecie. Górna częœć jego głowy była szersza niż u nas, ponieważ ich mózgi sš dwa razy większe od naszych i wykorzystujš cały swój potencjał. Za pomocš samych myœli i emanacji fal energetycznych potrafiš robić rzeczy, o których nam się nawet nie œniło. Dzięki temu że jego głowa i szyja były dobrze widoczne pod przezroczystym hełmem (z tyłu niego znajdowały się dwie gładkie rury), mogłem przyjrzeć się tej częœci jego ciała dokładnie. Włosy były doœć krótkie i kolorom przypominały lekko przyciemnione bobrowe futro &#8211; wyglšdały jak sierœć. Oczy miał piękne i rozstawione szerzej od naszych, zewnętrznymi końcami lekko odchylone ku górze, tak że przypominały trochę oczy kota. Częœć oka, która u nas jest biała, była u niego koloru orzechowobršzowego, to znaczy jasnobršzowa. renice przypominały nasze, lecz były koloru zielonego z niebieskimi refleksami. W ich œrodku znajdował się ciemny punkt, który od czasu do czasu zmieniał kształt wydłużajšc się lub zwężajšc. Na poczštku, przed zmianš kształtu, czarny punkt był okršgły, a potem, po wydłużeniu, kształtu owalnego &#8211; jak u kota. Nos miał bardzo mały, podobny do kociego. Usta również były bardzo małe i bardzo wšskie. Ilekroć na nie spoglšdałem, przychodziła mi na myœl Greta Garbo. Kiedy œmiał się, nie było widać poszczególnych zębów tylko dwa bardzo, bardzo białe, równe rzędy. Powiedział, że zęby nie sš im potrzebne, gdyż nie sš mięsożerni, podczas gdy nasze ciała przypominajš budowš ciała zwierzšt. Ich pożywieniem sš owoce, warzywa i różne ziarna. Majš urzšdzenia do magazynowania energii i nigdy nie chorujš. Jego skóra była gładka i miała jasnozielony, oliwkowy odcień. Wyglšdała, jakby była z gumy. Kiedy odwracał głowę (potrafił obrócić jš dokładnie do tyłu), na jego szyi nie pojawiała się ani jedna zmarszczka. Chciałem zapytać, dlaczego ich skóra ma jasnozielonš, oliwkowš karnację. Odebrawszy mojš myœl, powiedział, że kolor, który widzę, nie jest rzeczywistym kolorem, &#8220;ponieważ system magnetycznej zawartoœci koloru nie jest u nich taki sam&#8221;. Nie wiem, co miał na myœli.Był szeroki w barach, zaœ tułów miał bardzo szczupły. Obejrzałem uważnie również jego stopy i ręce. Różniły się trochę od naszych. Częœć udowa nóg była stosunkowo dłuższa od częœci znajdujšcej się poniżej kolan. Odniosłem ponadto wrażenie, że ich stopa przypomina kształtem końskie kopyto. Górna częœć ršk była dłuższa od dolnej. Jeœli chodzi o dłonie, nie mogłem im się dokładnie przyjrzeć, ponieważ miał na nich rękawice. Ich palce wyglšdały na bardzo długie. Powiedział, że ich organizm jest mniej skomplikowany od naszego. Majš tylko jeden przewód pokarmowy bez jelit, jakie my mamy. Za to ich serce i płuca sš większe, ponieważ muszš dostarczać dużo powietrza do odżywiania mózgu i oczyszczania płynu, który płynie w ich żyłach i różni się składem od naszej krwi. Co więcej, sš majš silnie rozwinięte mięœnie niezbędne do pokonywania olbrzymiego ciœnienia atmosferycznego panujšcego na ich planecie. To tłumaczy, dlaczego idšc w moim kierunku, niemal podskakiwał jak nasi astronauci na Księżycu. Wynikało to z niższego ciœnienia panujšcego na naszej planecie i odpowiedniej różnicy w budowie ich ciał. Wcišż fascynowały mnie jego piękne oczy i chciałem zapytać, jakiej jest płci &#8211; męskiej czy żeńskiej. Jego oczy zabłysły na moment żywiej i uœmiechnšł się, dajšc mi do zrozumienia, że nie jest ani tym, ani tym, że kiedy chcš się rozmnażać, nie muszš łšczyć się w pary, jak to czyniš zwierzęta. Stojšc zaledwie metr od niego (mimo wyjaœnienia kwestii płci nadal dla łatwoœci wypowiedzi będę traktował tę istotę jako mężczyznę) dwukrotnie starałem się go dotknšć, lecz za każdym razem byłem przed tym powstrzymany. W czasie kiedy staliœmy i rozmawialiœmy, robot nieprzerwanie pracował po drugiej stronie obiektu. Było tam coœ w rodzaju pierœcienia wystajšcego na odległoœć dwóch metrów i takiej też wysokoœci. Co chwilę wyginało się to do dołu ku ziemi i jego œrodkowa częœć zwężała się ostro. Kiedy jedna częœć poruszała się w jednš stronę, druga przemieszczała się w przeciwnš. Miałem zamiar zapytać go, czy ta częœć robota uformowała ostre zakończenie w celu rozbijania meteorytów lecšcych z niesamowitš prędkoœciš w kierunku pojazdu. Odebrawszy mojš myœl zaœmiał się ponownie i dał mi do zrozumienia, że ich sposób na meteoryty nie polega na ich rozbijaniu. Powiedział, że dezintegrujš je lub odpychajš. Dodał, że zewnętrznego pierœcienia używajš tylko wtedy, gdy chcš wejœć w atmosferę planety, aby móc przebywać na niej przez pewien czas. Powiedział, że przez kosmos podróżujš w statku-matce, który przebywa obecnie poza polem magnetycznym Ziemi. Statek-matka napędzany jest innym rodzajem energii. Ma taki sam kształt jak ten, lecz jest dużo większy. O ile dobrze zrozumiałem powiedział, że ma œrednicę około 5 kilometrów. Statek-matka mieœci w sobie wiele mniejszych pojazdów, takich jak ten, którym tu przylecieli, a także bezzałogowe sondy, które służš do zbierania informacji. Sš napędzane swego rodzaju napędem magnetycznym. Kiedy te małe pojazdy poruszajš się poza atmosferš, nie majš ograniczenia prędkoœci, poza tym sš wolne od wpływu grawitacji, temperatury etc. Powiedział, że na pokładzie statku-matki żyjš identycznie jak na powierzchni rodzinnej planety. Powiedział, że latajš wzdłuż &#8220;naturalnych kanałów", które istniejš w całym kosmosie. Czyniš tak, aby uniknšć wcišgnięcia w pola magnetyczne planet lub zderzenia z meteorytami bšdŸ martwymi planetami. Na pytanie o œrodki obrony, jakimi dysponujš, odrzekł, że potrafiš dezintegrować wszystko, nawet z dużej odległoœci. Powiedział, abym podniósł kamień leżšcy dwa metry ode mnie. Gdy go podniosłem, powiedział, żebym rzucił nim (ważył około kilograma) w kopułę statku. Obróciłem się dookoła, aby uzyskać większš siłę wyrzutu i cisnšłem nim w kopułę, z której wystrzeliła wišzka białoliliowego œwiatła. Trafiony niš kamień rozprysł się z hukiem, lecz żaden jego okruch nie spadł na ziemię. POSŁANIE Zapytałem go, dlaczego nie chcš zostać na naszej planecie i wspomóc nas swojš technologiš, a także, ile czasu upłynie, zanim osišgniemy ich poziom technologiczny. W odpowiedzi dał mi do zrozumienia, że, po pierwsze, nie wolno im wtršcać się w sprawy rozwoju innych planet oraz że czas spędzony na naszej planecie powoduje u nich znacznie szybsze starzenie się. Po drugie, stwierdził, że nigdy nie osišgniemy ich poziomu ewolucyjnego, ponieważ skorupa naszej planety jest zbyt zmienna i w najbliższej przyszłoœci nastšpi przemieszczenie naszych biegunów. Proces przemieszczania biegunów wywoła na Ziemi wypiętrzenia, które zniszczš 80 procent żywych istot, pozostawiajšc przy życiu garstkę rozbitków na nadajšcym się do zasiedlenia pasie planety. W tym momencie zapytałem go, czy wierzy w Boga. Był trochę zdziwiony tym pytaniem i dał mi do zrozumienia, że w rozumieniu kosmicznym wszystko i wszyscy jesteœmy Bogiem, to znaczy my, przyroda, planety, skały, trawa &#8211; wszystko, co istnieje. Zapytałem go także, jak umierajš i jakiego wieku dożywajš. Odrzekł, że umierajš, gdy ich kosmiczna energia ulega wyczerpaniu, oraz że żyjš sto razy dłużej od nas bioršc pod uwagę cykle planetarne Ziemi. Po chwili robot przestał pracować. Cylinder zwęził się i zaczšł posuwać się w kierunku œrodka pojazdu, skšd wystrzelił snop pomarańczowego œwiatła, które spowiwszy robota, uniosło go do góry do jego wnętrza. Zrozumiałem, że szykujš się do odlotu. Zaraz potem istota w kopule przesłała mi gest pożegnania. Przez cały czas naszej rozmowy obiekt otoczony był białym œwiatłem, które nie rzucało cienia i nie męczyło wzroku. Zapytałem go teraz, czy mógłby mi coœ dać. Omówił, twierdzšc, że byłoby to dla mnie szkodliwe. Byłem tak nim zafascynowany, że zapytałem, czy nie zabraliby mnie ze sobš, dodajšc, że jest mi wszystko jedno, czy kiedykolwiek wrócę, czy nie. Potem ogarnšł mnie wielki smutek na myœl, że ich nigdy więcej nie zobaczę, i wybuchnšłem płaczem. Uklškłem i błagałem go, aby zabrał mnie ze sobš; nawet próbowałem objšć go ramionami, ale za każdym razem byłem powstrzymywany. Dał mi znać, abym wstał. Jego oczy lœniły dziwnym blaskiem, który napełniał ciepłem całe moje ciało. Powiedział, że jestem bardzo odważny i że miałem podwójne szczęœcie. Raz dlatego, że gdybym zbliżył się jeszcze o metr do statku, to znaczy stanšł pod nim, zostałbym zdezintegrowany. Na szczęœcie dzięki kontroli pierœcienia nie pozwolili rozszerzyć się wytwarzanemu przezeń polu magnetycznemu poza obrzeże pojazdu. Po drugie zaœ dlatego, że miałem okazję widzieć ich z bliska i rozmawiać z nimi. Jednak ani ja, ani nikt inny z Ziemi nie może przebywać razem z nimi, a tym bardziej podróżować ich statkiem kosmicznym. Po tych wyjaœnieniach uniósł rękę do góry pozdrawiajšc mnie tym samym gestem co na poczštku, po czym zostałem odrzucony daleko od ich statku przez jakšœ potężnš siłę, zaœ wracajšca do niego istota zniknęła w spowitym jasnym œwiatłem pierœcieniu. Przebywajšca pod kopułš druga istota machała do mnie swoimi długimi rękoma. Jasne œwiatło emanowane przez statek stopniowo ciemniało, zaœ siła, która mnie odrzuciła, nadal mnie odpychała, aż znalazłem się w odległoœci około 300 metrów, gdzie mogłem już poruszać się swobodnie. Œwiatło wydostajšce się z kopuły przybrało barwę fioletowš, podobnie jak cała zewnętrzna powłoka pojazdu, przechodzšc chwilami w pomarańczowš. W tym momencie pojazd wydał dŸwięk podobny do odgłosu piły tarczowej w chwili rozruchu, następnie wzniósł się na dwa lub trzy metry nad ziemię i schował kolejno swoje podpory. Fioletowe œwiatło zaczęło stopniowo jaœnieć, aż przeszło w biel. Wówczas rozległ się ostry œwist, który omal nie rozsadził mi głowy. Pojazd zaczšł kołysać się na boki, jak gdyby przesyłajšc mi pożegnanie, i powoli wzniósł się na wysokoœć około 300 metrów, po czym z ogromnš prędkoœciš wystrzelił prosto w górę niknšc w ułamku sekundy z pola widzenia. Czułem się jak porażony piorunem. Ogarnęła mnie rozpacz, tak wielka, że aż z oczu pociekły mi łzy. Po raz pierwszy w życiu cały byłem zlany potem. Powietrze wydawało się ciepłe i kiedy dotknšłem ziemi, poczułem, że ona również. Mgła rozwiała się. Było zupełnie ciemno, zaœ jedynym Ÿródłem œwiatła były migoczšce na niebie gwiazdy. Chciałem zapalić latarkę, ale nie działała, wobec czego musiałem wracać do swojego samochodu po omacku. Nie mogšc ochłonšć z wrażeń, jakich doznałem, ukłułem się szpilkš, żeby sprawdzić, czy nie œnię. Po niedługim czasie uspokoiłem się, wsiadłem do samochodu i przejechawszy przez przełęcz Sella zatrzymałem się w dolinie Fassa przy hotelu mojej ciotki. Nazajutrz rano wykonałem szkice i rysunki przedstawiajšce to, co mi się przydarzyło. Usiłowałem również opowiedzieć o tym rodzinie, ale spotkał mnie z ich strony tylko œmiech i szyderstwa. Wtedy poszedłem z tš sprawš do, jak sšdziłem, poważniejszych ludzi, ale ich reakcja była, delikatnie mówišc, niezbyt zachęcajšca, w zwišzku z czym postanowiłem nikomu więcej o tym nie mówić. Zaraz potem napisałem do córki, która wyszła za mšż za Amerykanina i mieszka w Kalifornii, i poprosiłem jš, aby skontaktowała mnie z osobami, które interesujš się zjawiskiem UFO. Dwadzieœcia dni po tym zdarzeniu pojechałem z powrotem w tamto miejsce, aby zrobić zdjęcia œladów pozostawionych przez ciężki pojazd (œlady te sš widoczne do dziœ). Co ciekawe, trawa rosnšca w miejscu, nad którym usytuowany był otwór w statku, z którego wychodził snop œwiatła, urosła trzy razy wyżej od trawy obok. Za pomocš œrubokręta wykopałem razem z korzeniami i ziemiš kilka jej kępek i włożyłem do nylonowego woreczka, aby zabrać je ze sobš do Ameryki. Dwa dni potem poleciałem do Kalifornii. Na lotnisku w San Francisco urzędnik otworzył moje bagaże, sprawdził mój paszport i powiedział ze współczuciem: &#8220;Och, pan jest Włochem, emigrantem?&#8221; Wyjaœniłem mu najlepiej, jak potrafiłem, że nie jestem emigrantem i chcę spędzić urlop z córkš, która jest żonš jednego z dyrektorów linii lotniczych Pan American. Urzędnik z miejsca zmienił ton i bardzo grzecznie zapytał, czy roœliny w woreczku to marihuana. Odpowiedziałem, że nie, że to chryzantemy, które pragnę posadzić na grobie teœcia mojej córki. Odrzekł: &#8220;Okay&#8221; &#8211; i puœcił mnie nie zabierajšc roœlin do analizy. Przybywszy do Sacramento, pojechałem do córki, aby wzišć od niej kopie szkiców i rysunków, które wczeœniej jej wysłałem, po czym spędziłem cały ranek na pisaniu listów do organizacji, których adresy zaczerpnšłem z publikacji na temat UFO. Nie otrzymawszy ani jednej odpowiedzi po raz kolejny postanowiłem zachować to przeżycie wyłšcznie dla siebie. Od tego czasu zaczšłem interesować się zjawiskiem UFO i często œmiałem się czytajšc artykuły propagujšce kompletne bzdury. Wydaje mi się, że niewiele z nich zawierało prawdę. Po przemyœleniu całej tej sprawy muszę dodać, że jedynym efektem tego bliskiego spotkania było to, że mój zegarek zaczšł póŸnić się dwie godziny na dobę. Zaniosłem go do zegarmistrza, ale nie udało mu się go naprawić, i musiałem kupić nowy. Przez około miesišc czułem się bardzo zmęczony i wypadło mi dużo włosów. Leczyłem się œwieżym miodem, kawš, żółtkami jaj i koniakiem &#8211; preparatem, którego przyrzšdzania nauczyła mnie moja babcia. Kupiłem również pigułki czosnkowe i brałem je trzy razy dziennie po dwie. Po niespełna dwóch miesišcach odzyskałem dobrš formę i zaczęły odrastać mi włosy. Zaraz po tym przeżyciu kupiłem lornetkę, aparat fotograficzny oraz kamerę filmowš, majšc nadzieję, że być może będę miał jeszcze raz szczęœcie zobaczyć UFO i być może sfotografować je, a nawet sfilmować. Niestety, jak dotšd nie udało mi się to. Przeżycie to zmieniło bardzo mój charakter i wywarło głęboki wpływ na mój stosunek do religii i polityki. Zdałem sobie sprawę, że my, ludzie, nadal jesteœmy bardzo prymitywni i mamy, jak powiedziała tamta istota, zwierzęce inklinacje. "

swojš drogš jesli oni zyja 100 razy dłuzej od nas to jestescie wszyscy dzieciakami jeszcze według ich cykli.Na wakacje jadę do nich.

Nareszcie pojawil sie temat o ktorym na tym forum powinno sie dyskutowac. Od dluzszego czasu krolowaly na tym forum tylko wyzwiska.Ktos w koncu dostrzegl do czego to forum zostalo stworzne [%sig%]
Ilość wypowiedzi w tej dyskusji: 50
Nowy temat | Spis tematów Nowszy wątek | Starszy wątek

Proszę zalogować się aby zabrać głos na forum.
Jeśli nie masz konta, możesz w prosty sposób zarejestrować się.