|
|
Konserwatyści w Wielkiej Brytanii domagają się referendum nad traktatem UE
Dominika Pszczółkowska 2007-08-08, ostatnia aktualizacja 2007-08-07 18:14
Brytyjscy konserwatyści popierani przez prawicową prasę i związki zawodowe próbują zmusić rząd do ogłoszenia referendum nad nowym europejskim traktatem. Na jesień szykują wielką kampanię w tej sprawie.
O referendum mówi się na Wyspach coraz głośniej. Rząd chce go uniknąć, bo Brytyjczycy mogliby powiedzieć "nie" i wpędzić Unię Europejską w kolejny kryzys. Na czele kampanii za powszechnym głosowaniem stanął natomiast William Hague, minister spraw zagranicznych w konserwatywnym gabinecie cieni. "Nasz argument jest prosty: to jest konstytucja UE we wszystkim oprócz nazwy. Brytyjczykom obiecano referendum w tej sprawie, więc powinni móc zagłosować" - napisał we wtorek w artykule na łamach "The Times".
Wtóruje mu, jak zwykle w kwestiach europejskich, prawicowa eurosceptyczna prasa. "Daily Telegraph" zbiera podpisy pod petycją w sprawie referendum, do wczoraj - 39,4 tys. Tego samego domagają się "Daily Mail" i "The Sun". Środki na kampanię za referendum zadeklarowało kilku bogatych biznesmenów. Konserwatyści przebąkują nawet, że jeśli referendum nie zostanie zwołane przez rząd, sami zorganizują je za prywatne pieniądze. Wtedy nie byłoby oczywiście wiążące, lecz mogłoby być elementem presji na rząd.
Pytanie o referendum w kwestiach europejskich powraca w Wielkiej Brytanii regularnie. Rządzący od dziesięciu lat laburzyści obiecywali je już dwukrotnie - w sprawie wejścia do strefy euro (ale dotąd go nie było, bo rząd nie zdecydował się na przyjęcie euro) i w sprawie europejskiej konstytucji (której projekt upadł po "nie" w referendach we Francji i w Holandii). W ten sposób udawało im się usunąć drażliwy temat pozycji Wielkiej Brytanii w UE z dwóch kolejnych kampanii wyborczych w 2001 i 2005 r.
Tym razem konserwatyści mają mocne argumenty. Uzgodniony w czerwcu na szczycie w Brukseli traktat co prawda nie nazywa się konstytucją, lecz zawiera większość jej ważnych zapisów. Przywódcy innych krajów, gdzie projekt konstytucji był popierany, głośno o tym mówią. Irlandzki premier Bertie Ahern twierdzi, że nowy traktat zawiera 90 proc. zapisów z konstytucji, Hiszpan José Luis Rodriguez Zapatero - że 98 proc. Stwierdził wręcz, że to "ta sama zawartość w innym opakowaniu".
Za referendum jest także kilkunastu znaczących członków Partii Pracy premiera Gordona Browna, m.in. posłanka Gisela Stuart, która uczestniczyła w pracach nad projektem konstytucji. Głosowania chcą także duże związki zawodowe GMB i Transport and General Workers Union.
Wątpliwe, by premier Brown, którego pozycja w sondażach jest mocna, uległ tej presji. Kwestie europejskie mogą jednak wpłynąć na kalendarz wyborczy. Brown, który wyciągnął swą partię z dołka popularności, może zechcieć już w październiku ogłosić nowe wybory, chociaż powinny się odbyć najpóźniej w 2010 roku. Europejski traktat będzie jednak zapewne jednym z powodów, który odwiedzie premiera od październikowego terminu. Ma być bowiem podpisywany w tym samym miesiącu, więc siłą rzeczy stałby teraz jednym z głównych tematów kampanii. Brown może więc woleć poczekać z wyborami do wiosny, gdy temat przycichnie.
Dotychczas wiadomo, że referendum odbędzie się w Irlandii, czego wymaga tamtejsza konstytucja. Europejscy przywódcy z niepokojem patrzą sobie jednak na ręce: obietnica głosowania w jednym kraju mogłaby wymusić to samo w kolejnych.
Źródło: Gazeta Wyborcza
|