|
|
Błędne sformułowanie problemu u Kanta nie pozostało bez
wpływu na wszystkich póniejszych teoretyków poznania. Jako
rezultat swego aprioryzmu musiał Kant przyjšć poglšd, że
wszystkie dane nam przedmioty sš naszymi wyobrażeniami. Poglšd
ten stał się odtšd podstawowš zasadš i punktem wyjcia prawie
wszystkich teoriopoznawczych systemów. Najpierw i bezporednio
pewnym ma być dla nas jedynie i tylko to, że znamy wyłšcznie
nasze wyobrażenia. Jest to prawie powszechne przekonanie
filozofów. Już G.E. Schultze twierdzi w roku 1792 w swoim
"Aenedesimus", że wszelkie nasze akty poznawcze sš tylko
wyobrażeniami oraz, że nigdy nie możemy wyjć poza nie.
Schopenchauer z właciwym sobie filozoficznym patosem ogłasza,
że poglšd: "wiat jest moim wyobrażeniem" stanowi trwałš
zdobycz filozofii Kanta. Ed.v.Hartmann uważa to twierdzenie za
tak nietykalne, że w swej ksišżce pt. "Kritische Grundlegung
des transzendentalen Realismus" liczy tylko na takich
czytelników, którzy wyroli z naiwnego utożsamiania swojego
obrazu postrzeżeniowego z rzeczš samš w sobie i uwiadomili
sobie absolutnš różnoć /heterogenicznoć/ obiektu, danego nam
w akcie wobrażeniowym, jako subiektywno - idealnš treć
wiadomoci, oraz rzeczy, która istnieje w sobie i dla siebie,
niezależnie od aktu wyobrażeniowego oraz formy naszej
wiadomoci. Uznaje on więc tylko czytelników przekonanych o
tym, że wszystko, co mamy bezporednio dane, jest tylko naszym
wyobrażeniem. W swojej ostatniej teoriopoznawczej publikacji
usiłuje Hartmann uzasadnić jeszcze to zapatrywanie. Jakie
stanowisko musi zajšć wolna od przesšdów teoria poznania w
stosunku do takiego uzasadnienia, to się okaże w dalszym cišgu
mej ksišżki. Otto Liebmann ogłasza za najwyższš, uwięconš
zasadę wszelkiej teorii poznania twierdzenie, że "wiadomoć
nie może wyjć poza siebie samš". Zdaniem Volkelta najpierwszš
i najbardziej bezporedniš prawdš ma być to, że "wszelka nasza
wiedza rozcišga się przede wszystkim tylko na nasze
wyobrażenia". Sšd ten nazywa on pozytywistycznš zasadš
poznania, i tylko takš teorię poznania uważa za "wybitnie
krytycznš", która "umieszcza tę zasadę, jako co jedynie
pewnego, na poczštku wszelkiego filozofowania i potem jš
konsekwentnie przeprowadza". U innych filozofów znajdujemy na
poczštku teorii poznania inne twierdzenia, jak np., że właciwy
jej problem polega na zagadnieniu stosunku pomiędzy myleniem a
bytem i możliwoci porednictwa pomiędzy nimi. Rehmke pyta, w
jaki sposób uwiadamiamy sobie "to, co istnieje". Kirchman
wychodzi z dwóch teoriopoznawczych aksjomatów: "Wszystko co
istnieje, postrzegam", oraz "sprzecznoć nie istnieje". Zdaniem
E.L. Fishera poznanie polega na wiedzy o tym, co jest
faktyczne, realne. Dogmat ten pozostawia on tak samo bez
sprawdzenia, jak Goring, który twierdzi co podobnego:
"Poznanie jest zawsze poznawaniem czego, co istnieje; jest to
fakt , któremu nie zdoła zaprzeczyć ani krytycyzm Kanta, ani
sceptycyzm". Obaj wyrokujš po prostu co to jest poznanie, nie
pytajšc , czy majš prawo do tego.
Chociażby te różne twierdzenia były nawet słuszne,
względnie - choćby nawet prowadziły do poprawnego formułowania
odnonych problemów, to jednak stanowczo nie mogš one znajdować
się na poczštku teorii poznania. Wszystkie bowiem jako całkiem
okrelone poglšdy znajdujš już w obrębie samego poznania.
Jeli powiadam, że moja wiedza dotyczy przede wszystkim
tylko moich wyobrażeń, to jest przecież całkiem okrelony sšd
poznawczy. Sšdem tym przypisuję danemu mi wiatu pewne
orzeczenie, a mianowicie istnienie w formie wyobrażenia. Ale
skšd mam wiedzieć, jeszcze przed wszelkim poznaniem, że dane mi
rzeczy sš wyobrażeniami?
Że takiego twierdzenia nie powinno się umieszczać na
poczštku teorii poznania, o tym przekonamy się najlepiej w ten
sposób, że zbadamy drogę, którš musiał przemierzyć umysł
ludzki, aby do niego dojć. Zdanie to stało się integralnym
składnikiem niemal całej nowoczesnej, naukowej wiadomoci.
Rozumowanie, które doprowadziło wiadomoć do tego przekonania,
mamy prawie w całoci systematycznie wyłożone w pierwszym
rozdziale ksišżki Ed.v.Hartmanna "Das Gundproblem der
Erkenntnistheorie". Praca ta może nam służyć za pewien rodzaj
nici przewodniej, jeli chcemy rozważyć wszystkie powody, które
mogły prowadzić do owego przekonania.
Powody te można podzielić na fizykalne, psychofizyczne,
fizjologiczne i właciwe filozoficzne.
Fizyk, obserwujšc zjawiska, rozgrywajšce się w naszym
otoczeniu gdy np. odbieramy wrażenie dwięku, dochodzi do
przekonania, że nie ma w nich nic, choćby najsłabiej podobnego
do bezporedniego postrzeżenia dwięku. Poza nimi, w
otaczajšcej nas przestrzeni, można odnaleć tylko podłużne
drgania ciał i powietrza. Skšd wniosek, że to, co w życiu
codziennym nazywamy dwiękiem lub tonem - to tylko podmiotowa
reakcja naszego organizmu na ten falowy ruch. Tak samo
stwierdzamy, że wiatło, barwy i ciepło sš czym czysto
podmiotowym. Zjawiska rozpraszania barw oraz załamywania,
interferencji i polaryzacji wiatła uczš nas, że naszym
odnonym wrażeniom odpowiadajš w przestrzeni pewne poprzeczne
drgania, które przypisujemy częciowo ciałom, częciowo za
niezmiernie subtelnej i elastycznej substancji, którš zwiemy
eterem. Poza tym pewne fakty zniewalajš fizyka do porzucenia
wiary w cišgłoć przedmiotów w przestrzeni. Sprowadza on je do
układów najdrobniejszych czšstek /drobiny, atomy, itd./,
których wielkoć w porównaniu z ich odległociami od siebie
jest niewymiernie mała. Stšd wniosek, że wszelkie oddziaływanie
ciał na siebie dokonuje się poprzez próżnš przestrzeń, będšc
zatem prawdziwš actio in distans. Dzisiejsza fizyka uważa się
za uprawnionš do przyjęcia, że oddziaływanie ciał na nasz zmysł
dotyku lub ciepła nie odbywa się drogš bezporedniego kontaktu,
bo zawsze musi zostać pewna, choćby minimalnie drobna,
odległoć pomiędzy przedmiotem, stykajšcym się z naszš skórš, a
niš samš. Z tego wynika, że to, co odczuwamy np. jako twardoć
lub ciepło ciał, to tylko reakcja naszych zakończeń nerwowych
na molekularne siły ciał, działajšce przez próżnš przestrzeń.
Rozumowanie fizyka znajduje swoje dopełnienie w badaniach
psychofizykalnych, które znalazły swój wyraz w nauce o swoistej
energii zmysłów. J. Muller wykazał, że każdy zmysł może być
podrażniony tylko w jemu właciwy i jego organizacjš
uwarunkowany sposób, oraz, że każdy zmysł reaguje na każdš
podnietę zewnętrznš zawsze w ten sam sposób. Jeli podrażnimy
nerw wzrokowy, to zawsze otrzymamy wrażenie wietlne, wszystko
jedno czy drażnilimy go mechanicznie, czy pršdem elektrycznym,
czy też wiatłem. Z drugiej strony te same zewnętrzne procesy
wywołujš różne wrażenia, zależnie od tego, na jaki zmysł
oddziaływujš. Stšd wywnioskowano, że w wiecie zewnętrznym
istnieje tylko jeden rodzaj procesów, a mianowicie ruch,
różnorodnoć za postrzeganego przez nas obrazu wiata tłumaczy
się jedynie swoistociš reakcji naszych zmysłów na ten proces.
Wedle tego poglšdu nie postrzegamy wcale wiata zewnętrznego
jako takiego, tylko nasze podmiotowe wrażenia, które ten wiat
w nas wywołuje.
Tu dołšczajš się rozważania fizjologiczne. Fizyka ledzi
rozgrywajšce się poza naszym organizmem zjawiska, które
odpowiadajš naszym postrzeżeniom. Fizjologia za bada procesy,
zachodzšce w naszym organizmie wtedy, gdy uczuwamy pewne
zmysłowe wrażenie. Wiemy, że sam naskórek jest zupełnie
niewrażliwy na podniety wiata zewnętrznego. Jeli zakończenia
naszych nerwów dotykowych na powierzchni ciała majš zostać
podrażnione jakim oddziaływaniem wiata zewnętrznego, to
proces drgania, rozgrywajšcy się poza naszym ciałem, musi
najpierw przeniknšć warstwę naskórka. Ponadto, zanim ten
zewnętrzny proces ruchu dojdzie w zmyle słuchu czy wzroku do
nerwu, zostaje jeszcze zmodyfikowany przez cały szereg
porednich narzšdów. Afekcja zakończeń nerwowych musi następnie
pójć dalej wzdłuż nerwu, aż do centralnego układu nerwowego i
tu dokonuje się to, dzięki czemu, na podłożu czysto
mechanicznych procesów w mózgu wytwarza się odczuwanie
wrażenia. Rzecz prosta, że skutkiem owych przekształceń, jakich
po drodze dokonuje każda zmysłowa podnieta, następuje tak
zupełna jej przemiana, że wszelki lad podobieństwa pomiędzy
pierwszš afekcjš zmysłu a pojawiajšcym się ostatecznie w
wiadomoci wrażeniem musi ulec zupełnemu zatarciu. Wynik tych
rozważań wypowiada Hartmann w następujšcych słowach: "Ta treć
wiadomoci składa się pierwotnie z momentów czuciowych,
którymi dusza odruchowo reaguje na stany ruchu w najwyższych
orodkach mózgu. Ruchy te nie majš jednak najmniejszego
podobieństwa do zewnętrznych ruchów molekularnych, dzięki
którym w ogóle dochodzš do skutku".
Kto tę myl dokładnie, aż do końca przemyli, ten musi
przyznać, że, jeli to rozumowanie jest słuszne, to
rzeczywicie w treci naszej wiadomoci nie pozostaje już
najmniejszej reszty z tego, co zwiemy wiatem zewnętrznym.
Do tych fizykalnych i fizjologicznych zarzutów przeciwko
tzw. "naiwnemu realizmowi" dołšcza Hartmann jeszcze inne
zastrzeżenia, które nazywa filozoficznymi we właciwym tego
słowa znaczeniu. Przy logicznym rozważaniu obu pierwszych można
zauważyć, że w gruncie rzeczy tylko wtedy możemy dojć do
powyższego rezultatu, jeli założymy istnienie i zwišzek
zewnętrznych rzeczy tak, jak to przyjmuje zwykła, naiwna
wiadomoć, a potem dopiero zbadamy, czy i w jaki sposób ten
wiat zewnętrzny może wejć do naszej wiadomoci, jeli
uwzględnimy właciwoci naszej organizacji. Widzielimy, że
wszelkie lady tego zewnętrznego wiata gubiš się nam po drodze
od podniety zmysłowej do wstšpienia w wiadomoć, że przeto w
wiadomoci nie znajdujemy nic więcej, jak tylko nasze
wyobrażenia. Musimy więc przyjšć, że dusza z materiału naszych
wrażeń konstruuje ten obraz wiata zewnętrznego, który dochodzi
do naszej wiadomoci. Z wrażeń zmysłu wzroku i dotyku
konstruujemy najpierw przestrzenny obraz wiata, a następnie
włšczamy weń wrażenia innych zmysłów. Gdy czujemy się zmuszeni
do wyobrażenia sobie pewnego okrelonego kompleksu naszych
doznań w pewnym zwišzku z sobš, wtedy dochodzimy do pojęcia
substancji, uważajšc jš za ich nosicielkę. Gdy w stosunku do
substancji zauważymy znikanie jednych doznań, a pojawienie się
innych, wtedy przypisujemy to pewnej zmianie w wiecie zjawisk,
regulowanej tak zwanym prawem przyczynowoci. Tak więc, wedle
tego poglšdu, cały nasz obraz wiata składa się z podmiotowej
treci naszych wrażeń, które porzšdkujemy własnš czynnociš
naszej duszy. Hartmann powiada: "To co podmiot postrzega, sš to
zawsze tylko modyfikacje jego własnych stanów psychicznych i
nic więcej".
Zapytajmy teraz, w jaki sposób można dojć do takiego
przekonania? Szkielet tego rozumowania jest następujšcy: Jeli
istnieje wiat zewnętrzny, to my go nie postrzegamy, jako
takiego, tylko przemieniamy go naszš organizacjš na wiat
naszych wyobrażeń. Mamy tu do czynienia z założeniem, które
konsekwentnie przeprowadzone samo siebie niweczy. Czy jednak
takie rozumowanie nadaje się do uzasadnienia jakiegokolwiek
poglšdu? Czyż mamy prawo uważać dany nam obraz wiata za
podmiotowš treć naszych wyobrażeń tylko dlatego, że cisłe
przemylenie założenia, przyjętego przez naiwnš wiadomoć,
prowadzi do takiego wyniku? Przecież naszym celem jest w tym
wypadku wykazanie fałszywoci tego założenia. A wtedy
musielibymy dopucić takš możliwoć, że pewne twierdzenie
okazuje się wprawdzie fałszywym, ale mimo to wynik, do którego
prowadzi, jest słuszny. Wprawdzie może się to gdzie wydarzyć,
ale wtedy żadnš miarš nie należy uważać rezultatu za wynik
założonego twierdzenia.
wiatopoglšd, który realnoć danego nam bezporednio obrazu
wiata uważa za co, nie ulegajšcego żadnej wštpliwoci i
rozumiejšcego się samo przez się, nazywamy zazwyczaj realizmem
naiwnym. Poglšd za przeciwny, który uważa obraz wiata za
treć naszej wiadomoci, nazywamy realizmem transcendentnym.
Wynik poprzednich rozważań można przeto ujšć w następujšce
słowa: Idealizm transcendentalny wykazuje swojš prawdziwoć w
ten sposób, że posługuje się rodkami tego samego naiwnego
realizmu, który chce ocalić. Idealizm ten ma rację, jeżeli
naiwny realizm okaże się błędnym, ale błędnoć tę demaskuje
tylko przy pomocy nieprawdziwego poglšdu realistycznego. Dla
kogo, kto sobie z tego zda sprawę, nie pozostaje nic innego,
jak porzucić takš drogę do osišgnięcia wiatopoglšdu i poszukać
innej. Czy jednak mamy dopóty próbować na los szczęcia, dopóki
przypadkowo nie trafimy na dobrš drogę? Co prawda tego zdania
jest Ed.v.Hartmann, który swoje teoriopoznawcze stanowisko
dlatego uważa za słuszne, bo ono tłumaczy zjawiska wiata
podczas gdy inne tego nie czyniš. Poszczególne wiatopoglšdy
podejmujš, jego zdaniem, pewien rodzaj walki o byt i ten, który
najlepiej z tej walki wychodzi, zostaje w końcu ogłoszony
zwycięzcš. Jednakże takie postępowanie wydaje mi się już
dlatego niedopuszczalne, ponieważ mogłaby zupełnie dobrze
istnieć większa iloć takich zwycięskich hipotez, któreby tak
samo zadawalajšco wyjaniały zjawiska wiata. Zatrzymajmy się
więc przy powyższym rozumowaniu, dšżšcym do obalenia naiwnego
realizmu i zbadajmy, gdzie właciwie tkwiš jego braki: Naiwny
realizm jest przecież stanowiskiem, z którego wychodzš wszyscy
ludzie i już choćby dlatego trzeba włanie od niego zaczynać
korektę. Gdy zrozumiemy, dlaczego on nam nie wystarcza,
będziemy mogli wkroczyć na właciwš drogę z całkiem innš
pewnociš, niż wtedy, gdybymy jej szukali na los szczęcia.
Naszkicowany tu subiektywizm polega ma mylowym
opracowywaniu pewnych faktów. Zakłada on więc, że z pewnego
faktycznego punktu wyjcia można drogš konsekwentnego mylenia
/logicznego kombinowania pewnych obserwacji/ dojć do słusznych
poglšdów. Stanowisko to nie pyta jednak o prawo do takiego
stosowania naszego mylenia. I to stanowi jego słaby punkt.
Podczas gdy realizm naiwny wychodzi z nieudowodnionego
założenia, że treć naszych postrzeżeń posiada obiektywnš
realnoć, stanowisko, które charakteryzujemy, wychodzi również
z nieuzasadnionego przekonania, że przy pomocy mylenia można
dojć do prawomocnych naukowo poglšdów. W przeciwieństwie do
realizmu naiwnego można by nazwać to stanowisko naiwnym
racjonalizmem. Celem usprawiedliwienia tej terminologii
chciałbym tu wtršcić krótkš uwagę o pojęciu "naiwnoci". A.
Doring próbuje okrelić bliżej to pojęcie w swej pracy p.t.
"ber den Begriff des naiven Realiesmus." Pisze on: "Pojęcie
naiwnoci to jakby punkt zerowy na skali refleksji w stosunku
do własnego postępowania. Naiwnoć może co do treci zupełnie
dobrze trafić w sedno prawdy, bo chociaż działa bez namysłu i
dlatego włanie nie krytycznie, względnie bezkrytycznie, ale
ten brak refleksji i krytyki nie wyklucza obiektywnej pewnoci
słusznoci; implikuje możliwoć i niebezpieczeństwo błędu, nie
pocišgajšc za sobš bynajmniej jego koniecznoci. Istnieje
naiwnoć uczucia i woli oraz wyobrażeń i mylenia w najszerszym
znaczeniu tego słowa; następnie naiwnoć wyrażania tych
wewnętrznych stanów w przeciwieństwie do ich ukrywania, czy
modyfikacji spowodowanej refleksjš czy też innymi względami.
Naiwnoć nie ulega - przynajmniej wiadomie - wpływom tego, co
przychodzi do nas z zewnštrz, czego się uczymy i co mamy
unormowane /przepisami/. Ona jest zawsze tym, co wyraża jej
ródłosłów "nativus", to znaczy niewiadomociš, instynktem i
demonicznociš".
Spróbujmy, opierajšc się na tej charakterystyce, jeszcze
cilej okrelić pojęcie naiwnoci. Przy każdej czynnoci,
której dokonujemy, wchodzš w rachubę dwie rzeczy: czynnoć sama
i znajomoć jej praw. Można oddawać się całkowicie pewnej
czynnoci, zgoła nie pytajšc o jej prawa. W takim położeniu
znajduje się artysta, który, nie znajšc praw swojej twórczoci,
uprawia jš idšc za uczuciem. Nazywamy go naiwnym. Istnieje
jednak pewien rodzaj samo obserwacji, która pyta o prawa
własnej działalnoci, zastępujšc naiwnoć dokładnym
uwiadomieniem sobie doniosłoci i uprawnienia tego, czego sama
dokonuje. Takš wiadomoć można nazwać krytycznš. Sšdzę, że w
ten sposób najlepiej okrelilimy znaczenie tego pojęcia, które
od czasów Kanta przyjęło się w filozofii z mniej lub więcej
jasnym uwiadomieniem. Krytyczne zastanowienie jest więc
przeciwieństwem naiwnoci. Krytycznym nazywamy takie
postępowanie, które dšży do owładnięcia prawami własnej
działalnoci aby poznać jej pewnoć i jej granice. Teoria
poznania może być tylko krytycznš naukš. Przedmiotem jej jest
przecie wybitnie subiektywna czynnoć człowieka. tj. poznanie,
a treciš jej sš prawa poznania. Z tej nauki musimy przeto
wyłšczyć wszelkš naiwnoć. Teoria poznania musi widzieć swojš
siłę w dokonywaniu tego, czego nigdy nie czyniš chlubišc się
tym zresztš, ludzie nastawieni wyłšcznie na praktycznš stronę
życia. Jest to "mylenie o myleniu".
|