|
|
Brat Jan miał zawsze mnóstwo roboty od rana do wieczora, bo miał naturalne długie srebrne włosy i brodę. Dlatego wietnie wyglšdał w przebraniu w. Mikołaja. Było już ciemno, gdy zapukał do rodziny Abramów i wszedł tam w swojej biskupiej czapce i z wielkim pastorałem, mówišc: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!". Odpowiedzieli mu tylko rodzice, bo blinięta Baka i Bastek patrzyły na niego milczšc ze złymi minami. - "Gdzie masz nasze wszystkie prezenty? - krzyknšł nagle Bastek - Dawaj je nam! Zobaczymy, czy jest tam wszystko, o co pisalimy w licie do w. Mikołaja." Brat Jan-Mikołaj zmarszczył siwe brwi i stuknšł pastorałem, mówišc: "A jeli nie, to co?". Na to Bastek: "Jak to: co? Mama i tata sš od tego, by kupować prezenty, a ty jeste po to, by je nam przynosić." Brat Jan pierwszy raz spotkał tak niedobre dzieci. Stuknšł mocniej pastorałem i powiedział: "A wy jestecie po to, aby was ukarać! Odniosę te prezenty tam, gdzie ich już nie znajdziecie, bo się wam nie należš!". Chwycił worek i wyszedł. Po chwili wrócił bez niego, potrzšsajšc gronie pastorałem. Bliniaki (jak i ich rodzice) patrzyły na niego zdumione i coraz bardziej przestraszone, gdy mówił: "Stracilicie nie tylko te prezenty. Ale pomylałem, że odbiorę wam dzi prezenty, jakie macie od Pana Boga - waszych rodziców. Wezmę ich do domu dziecka. Tam się dopiero nimi dzieciaki ucieszš i podziękujš im nawet za sam umiech..." Baka nagle rzuciła się do taty, chwytajšc go za szyję i krzyczšc: "Ja taty nie oddam! Ja go kocham!" Podobnie krzyczał Bastek, ciskajšc mamę. Zaczęli oboje prosić ze łzami: "Zostaw nam mamę i tatę, w. Mikołaju! Nie chcemy już innych prezentów. Oni nam wystarczš!" Brat Jan-Mikołaj umiechnšł się szeroko, a razem z nim rodzice bliniaków.
|