To jeden z przykładów. Można odrzucić - żaden problem ! ale daje do myslenia :)
--------------------------------------------------------------------------------
Człowiek nie myli o mierci. Bo i o czym tu myleć? Przebiegajšc pilotem po kanałach telewizyjnych widzimy rozemianych i zadowolonych z siebie ludzi, którzy pokazujš nam tzw. radoć z życia w wiecie materialnym. A to nowe samochody, a to meandry gierek męsko-damskich pokazywane w kretyn-serialach, albo wiadomoci koncentrujšce się na sprawach zupełnie odległych. Jeżeli pojawia się tam mierć, jest ona niegrona, gdyż zawsze jest daleko i nas nie dotyczy. wiat współczesny spycha ten temat wstydliwie do kšta, udaje, że takiego problemu nie ma, a nawet jeżeli kiedy się pojawi, to za wiele, nieskończenie wiele lat. Aż wreszcie przychodzi moment, kiedy mierć zaczyna być bardzo realna. Ludzie wtedy głupiejš, czujš się tak, jakby kto ich oszukał, bo mówił, że to przecież dotyczy kogo innego, a nie „mnie”.Kolejny ciekawy moment w życiu – uwiadomienie sobie, że te wszystkie przedmioty które tak gorliwie gromadzilimy przez cały czas, zostanš rozgrabione i to wcale nie jest pewne, czy nawet przez własnš rodzinę… Człowiek szuka sensu, wtedy po raz pierwszy w życiu zaczyna zadawać sobie ważne pytanie: czy to już koniec? Czy taki był cel tej szarpaniny? Kiedy pojawia się temat zwišzany z celem naszej ziemskiej wędrówki, zawsze pojawiajš się trzy szkoły mylenia. Pierwsza – najbardziej pewna siebie popierana przez podręczniki szkolne – zakłada, że człowiek w momencie mierci ciała fizycznego kończy się absolutnie. Nie ma żadnej duszy, nie istnieje żaden Bóg, religie to przesšdy ciemnoty, za ludzie wiatli opierajšcy się na nauce nie wierzš w żadne takie „bzdury jak wiat duchowy”. Druga grupa (należš do niej zarówno chrzecijanie, jak i wyznawcy Islamu) mówi o tym, że życie to rodzaj gry z wyranš nagrodš na końcu. Ma niš być niebo, jeli nasze życie wypełniały dobre uczynki, i piekło – jeli było wprost przeciwnie. Upraszczam w tej chwili ten cały system, ale ta pierwsza grupa (ateici) ma wyranš przewagę nad tš drugš w jednym, małym punkcie. Chodzi o konkretnš sytuację. Oto wyobramy sobie 10 letniego chłopca, który w żaden sposób nie zdšżył jeszcze nagrzeszyć, bo i nawet zbytnio nie wiedział jak… Dziecko jednak dostaje raka koci, który sprawia, że w cišgu roku niesłychanych męczarni kończy swoje życie (takich przypadków jest tak wiele, długo by mówić…). Jak w takim razie oceniać jego życie? Z czego go rozliczać? Dlaczego jego rówienik, chłopiec o równie dobrej naturze i łagodnym usposobieniu, żyje i rozwija się dalej zdrowo i radonie? To pytanie wywołuje rozdrażnienie u pierwszej grupy, czyli ateistów. „Miał pecha i tyle. Tamtemu się udało i w porzšdku. Życiowa ruletka, jeden wygrywa, a drugi przegrywa. Mnie też się udało, żyję i jestem zdrowy, reszta mnie mało interesuje, choć czasami współczuję przegranym, ale nie mam zbyt wiele na to czasu i szybko zapominam” – ta filozofia jest logiczna i spójna.Druga grupa – nazwijmy jš „Piekło/Niebo” ma znacznie gorzej. Bo ta sytuacja pokazuje, że już na starcie warunki „biegu do nieba” nie sš równe. To jest tak, jakbymy wszyscy biegli na 100 metrów. My startujemy do biegu w znakomitym stroju sportowym wyspani i wypoczęci, a komu obok przypinamy do nóg ołowiane ciężarki i od kilku dni nie dajemy zasnšć… „Biegnij, biegnij!” – rozlega się wokół. I wtedy pojawia się pytanie: dlaczego? Dlaczego już na poczštku naszego życia sš tak nierówne warunki startu? Jedni sš przystojni i zachwycajšcy urodš, inni wprost przeciwnie – ich fizjonomia wręcz odpycha, jednemu dziecku bogaci tatu i mamusia od poczštku zapewniajš dobrobyt na całe życie, inne dziecko tapla się w biedzie i nędzy, co pcha go czasami do strasznych decyzji, które odsuwajš od niego „niebo” dalej i dalej… A przecież gdyby ta życiowa „ruletka urodzeniowa” zakręciłaby się trochę inaczej, to być może nie musiałby zostać tym, kim został i tak dalej – pytań można mnożyć w nieskończonoć. Grupa „Niebo/Piekło” przykłada palec do ust i mówi cicho, że to „wielka tajemnica” i że nie nam się nad tym zastanawiać. „Sš to tajemnice boskie, widocznie co w tym musi być” – odpowiadajš. Ale co? Jaki to ma sens? Czy kto przez swoje cierpienie w życiu doczesnym będzie stał wyżej w „Chórze Niebieskim”? Przegoni pozostałych uczestniczšcych w wycigu do nieba? No to w takim razie też jest to wielce niesprawiedliwe…. Uczestniczyłem w takich dyskusjach wiele razy. Takie rozmowy przeważnie szybko się kończš, bo dochodzimy do sprawy dogmatów wiary. Z dogmatami się nie dyskutuje, je się tylko i wyłšcznie przyjmuje jako prawdę. Tylko wtedy zresztš majš sens. I jest wreszcie grupa trzecia, która stanowi mniej więcej jednš trzeciš ludzkoci, która wierzy w reinkarnację, czyli „wędrówkę dusz”. Teoria ta mówi wyranie, że człowiek jest istotš duchowš, po mierci ciała fizycznego nasza dusza przenosi się na jaki czas do wiata niematerialnego, aby ponownie powrócić i wcielić się w ciało dziecka, które włanie przychodzi na wiat. Żeby omówić tę teorię i przeróżne implikacje wynikajšce z założenia ponownego wcielania się duszy potrzebowałbym pewnie z tysišc stron maszynopisu i tekst poniższego artykułu na stronach NAUTILUSA byłby nie do przeczytania…. Skoncentruję się ne tylko jednym problemie, który zawsze się pojawia, kiedy mówię o reinkarnacji jak o prawie cišżenia –ono po prostu jest. A jakie masz dowody? Pokaż mi choć jeden! Ludzie Ci najchętniej by chcieli, żeby tę „reinkarnację” ustrzelił, powiesił gdzie na haku żeby trochę skruszała, a potem zaniósł do laboratorium… Niestety, tutaj możemy mówić o dowodach porednich. Gwarantujemy jednak, że przez kilkanacie lat badania zjawisk niewyjanionych wiele razy mielimy okazję takich dowodów wręcz „dotykać”, co kiedy - mamy nadzieję -opublikujemy w oddzielnej ksišżce.
Do napisania tego tekstu skłoniła nas ostatnia audycja z serii „Archiwum w TOK FM” powięcona przeznaczeniu, której bohaterem był Norman - autor ksišżki „Jak złagodzić złe przeznaczenie”. Audycja wstrzšsnęła wieloma ludmi (polecamy jej odsłuchanie na stronach
www.gazeta.pl), ale najwięcej emocji wzbudziła pewnoć, z jakš obaj rozmówcy w studiu wyrażali się o reinkarnacji. Jak można tak mówić? Gdzie dowody? – maile z takimi pytaniami otrzymalimy po tej niezwykłej audycji. Uznalimy, że jest to dobry moment, aby przypomnieć jednš z najbardziej poruszajšcych historii z terenu Polski, która została po raz pierwszy ujawniona w audycji „NAUTILUS RADIA ZET” w 1996 roku i która wtedy poruszyła kilka milionów ludzi w całym kraju. Historia ta jest o tyle niezwykła, że dotyczyła dziecka urodzonego w zwykłej katolickiej rodzinie, dla której idea reinkarnacji była równie egzotyczna i nierealna, jak lot na księżyc dla Indian z doliny Amazonii. /tekst poniżej był pisany kilka lat temu/Mamo, ja już byłem na ziemi, ale zostałem zabity w pojedynkuTa historia zaczęła się w momencie, kiedy w rodzinie państwa G. mały Marcinek zaczšł mówić. Dwuletnie dziecko, co chwilę pytało, dlaczego nikt nie jedzi na koniach i nie nosi zbroi. Poczštkowo rodzice podejrzewali, że za wszystkim stoi dziecięca fantazja. Bezskutecznie szukali ksišżek, z których Marcin mógł o tym przeczytać. Im dziecko było starsze, tym jednak opowiadana przez niego historia była coraz ciekawsza.Ku przerażeniu najbliższych Marcin owiadczył, że na ziemi nie jest pierwszy raz. W swoim poprzednim życiu był rycerzem, jedził na koniu, nosił zbroję i uczestniczył w pojedynkach. Miał rodzinę, żonę i szecioro dzieci. Mieszkał w zamku i miał własnego króla, choć " nie był bardzo ważnym rycerzem ". Tu zaczyna się częć opowieci chłopca, która zapiera dech w piersiach. Marcin pamięta dzień, kiedy przyszło mu stoczyć pojedynek na miecze. Obok niego walczył jego giermek. Chłopiec utrzymuje, że w tym pojedynku został zabity. Jest to o tyle niezwykłe, że kilkuletnie dzieci przeważnie w wymylanych przez siebie historiach kreujš się na bohaterów. Marcin przeciwnie, mówi że przegrał! Wspomina, że z góry obserwował swoje własne ciało, z którego po miertelnym ciosie mieczem sšczyła się krew. Następnie opowieć Marcina przypomina jako żywo relacje ludzi, którzy przeżyli mierć klinicznš. Dziecko opisuje wietlisty tunel, który pojawił się obok miejsca ostatniej walki. Tunelem udał się w stronę wiatła do cudownej krainy, gdzie było mu bardzo dobrze. Tam spotkał niezwykłe istoty, które nazywa aniołkami." One były zupełnie przezroczyste, można było przez nie przelatywać " - opowiada mi dziecko - " Nie musieli nic mówić, a ja i tak wiedziałem, co chcš powiedzieć".Według chłopca tam, gdzie był, jest bardzo jasno i bezpiecznie. Sš tam miliony takich ludzi, jak na Ziemi. Nie można jednak tam przebywać wiecznie. Trzeba wrócić na Ziemię, aby dalej się uczyć. " Każdy musi wrócić, tak samo jak każdy jest malutki, potem duży, a póniej przychodzi od aniołków do brzuszka mamusi " - mówi Marcin dziwišc się, że nie wiem tak oczywistych rzeczy. Powrót na ZiemięKiedy zbliżał się czas jego powrotu na Ziemię, Marcin ma do wyboru miejsce, czas, a nawet rodzinę. Jest zmęczony wojnami, nie chce więcej krwi i pojedynków. Kiedy pytam go o jego obecnych rodziców potwierdza, że przed swoim narodzeniem znał ich oboje. Pamięta nawet, jak przyszedł „do brzuszka mamusi”! Jednak to, co tak naprawdę przycišgnęło go do rodziny G., była jego była żona z czasów, kiedy był rycerzem. Z relacji chłopca wynika, że jego żona reinkarnowała się jako Monika. Ma dwadziecia lat i jest dla niego ciociš. Nie jest to jednak jedyna osoba, którš Marcin pamięta z czasów, kiedy był rycerzem. Kolejnš reinkarnacjš z odległych czasów jest jego babcia, którš nazywa imieniem Gizela." Marcin był zdumiony, że babcia nie pamięta czasów, kiedy nosiło się zbroję i mieszkało w zamkach" - mówi matka Marcina - " Często opowiada, że przychodził do niej ze swoimi synami, za najstarszy był do niej niezwykle podobny..."
Mieszkałem w tym zamku!Marcin opisuje mnóstwo szczegółów ze swojego rycerskiego życia. W tamtych czasach ludzie mieszkali w zamkach, ale także w namiotach. Bardzo wielu jedziło na koniach. Wokół zamków urzšdzano turnieje. Rycerze, tacy jak on, mieli własnych giermków i uczestniczyli w pojedynkach. " A czy kiedy byłe duży, to miałe długopis, taki jak ten? " - pytam Marcina pokazujšc mojego Parkera." Nie było wtedy takich, ale pisalimy przy pomocy piór. Takich, jakie majš ptaszki " - odpowiada ze spokojem Marcin.Rodzice często pokazywali mu zdjęcia i rysunki różnych budowli z czasów redniowiecza. Chłopiec żadnej sobie nie przypominał. Dopiero kiedy na wakacjach cała rodzina G. pojechała do Malborka, chłopiec rozpoznał zamek." Mieszkałem tu, w tamtym skrzydle. Jak przyjechał król, to nas z niego wyrzucili, ale tylko na chwilę" - owiadczył zdumionym rodzicom. Okazało się, że zna znakomicie cały układ zamku. Wiedział, gdzie w dawnych czasach podnoszono konie z rycerzami do góry, gdzie były stajnie i gdzie odbywały się pojedynki. Co ciekawe, nie pamiętał w ogóle krzyżaków. Przewodnik zaprowadził chłopca do zbrojowni. Tam Marcin rozpoznał zbroje i stroje, które noszono w czasach, kiedy był na zamku. Z setek rekwizytów wybierał bezbłędnie te, które były z lat 1550-1600. Było to już po Hołdzie Pruskim, a więc wtedy na zamku krzyżaków już nie było! To nie jest jedyna rzecz potwierdzajšca relację chłopca. I tak Marcin od małego opowiadał, że mieszkał w zamku, gdzie była podłoga w kwadraty. Dopiero na miejscu okazało się, że posadzka komnat w Malborku jest zrobiona w charakterystyczne, czarno-białe romby. Chłopiec narzekał także na owietlenie w zamierzchłych czasach. Jego zdaniem pod sufitami były wieczniki z normalnymi wiecami, z których " strasznie kapało ".Nie wiedziałam o reinkarnacji, a teraz w niš wierzę" Nie wierzyłam w reinkarnację i nigdy się nad tym nie zastanawiałam " - mówi mama Marcina - " Teraz jednak jest dla mnie oczywiste, że zjawisko kolejnych wcieleń dusz istnieje ". Jej zdaniem Marcin nie miał szans tego wszystkiego wymyleć. Niemożliwe jest także, aby takš iloć szczegółów poznał z ksišżeczek z obrazkami, czy nawet z telewizji. " Przecież on o tym, że był rycerzem, zaczšł opowiadać, jak miał niecałe dwa lata! " - dodaje ojciec Marcina. Z całej rodziny Marcin najbardziej jest przywišzany do swojej cioci Moniki, która - jak utrzymuje - kiedy była jego ukochanš żonš. Kiedy przeprowadzam na miejscu wywiad, nie schodzi jej z kolan.Marcin opowiada o swojej historii coraz rzadziej. Poczštkowo był zdziwiony, że nikt wokół niego nie pamięta rycerzy, koni i pojedynków. To niezwykły przypadek, nawet na skalę wiatowš. Bardzo rzadko zdarza się, żeby dziecko tak dokładnie pamiętało swoje poprzednie wcielenie. Umówmy się, że ten temat jest poczštkiem całej serii publikacji, która na pewno zakończy się ksišżkš. Jest wiele historii, które wydarzyły się w polskich rodzinach, a które mogš być dowodem na istnienie „wędrówki dusz”. Ot choćby ten mieszkaniec Szczecina, który pamiętał moment rozstrzelania podczas Powstania Warszawskiego i na którego klatce piersiowej od dziecka sš blizny po kulach (!), jest przecież historia dziewczynki ze Słupska, która jest równie porażajšca jak historia małego Marcina i tak dalej - przykłady można by mnożyć. Na zakończenie chcemy zaprezentować list, który kiedy Robert Bernatowicz wysłał do człowieka, który dostarczał dziesištki ksišżek na adres redakcji Radia ZET, z których jasno miało wynikać, że reinkarnacja nie istnieje! Mimo upływu lat ten list jest nadal całkiem aktualny. I pokazuje dobrze istotę dyskusji, która toczy się wokół kwestii „wędrówki dusz”. Mamy nadzieję, że tym artykułem dopiero rozpoczynamy prawdziwš debatę na ten temat
Warszawa marzec 1999 rokSzanowny Panie!Dziękuję za kolejnš przesyłkę i list. Chodzi zwłaszcza o ksišżkę „Czy istnieje Twórca?”, którš po raz kolejny przesłał Pan do redakcji Radia Zet i którš już dawniej przeczytałem z zainteresowaniem. Od lat członkowie Pana Kocioła zasypujš mnie wręcz czasopismami i ksišżkami dotyczšcymi wyjanienia tak istotnej rzeczy, jak sens naszego życia. Wynika to chyba z tego, że w każdym tygodniu słucha mojej audycji kilka milionów ludzi i moje zdanie w tej sprawie jest na pewno dla nich znaczšce. Szanuje wszystkie opinie i poglšdy, które głoszš różne grupy religijne, ale po wielu latach badania zjawiska reinkarnacji muszę stwierdzić, że jest ono faktem. Przychodzi mi to także z dużym trudem z tego powodu, że wniosek ten jest sprzeczny z naukš, którš otrzymałem jako dziecko i z poglšdem wiata, który podziela przytłaczajšca większoć moich rodaków, w tym moja najbliższa rodzina. Ksišżkę przeczytałem. Od wielu lat jako jeden z nielicznych wybrańców mam czas i pienišdze, aby naprawdę badać największe tajemnice tego wiata. Nie z ksišżek i zasłyszanych opowieci, ale jeżdżšc po kraju i wręcz dotykajšc poszczególnych zdarzeń. Dzięki temu mam własne poglšdy na wiele spraw, oparte na dowiadczeniach i autentycznych przypadkach. Moim ródłem wiedzy nie jest wyłšcznie Biblia, choć jš szanuję i cenię. Oczywicie, jednš z najważniejszych rzeczy jest odpowied na pytanie „która religia jest prawdziwa”. Otóż owiadczam Panu: nie wiem. Wiem natomiast jedno: czy się to komu podoba, czy nie - istnieje reinkarnacja. To jest jak prawo powszechnego cišżenia – po prostu jest. I nie ma to nic wspólnego z tš, czy innš religiš. Uważam, że wczeniej czy póniej sprawa ta zostanie wreszcie dowiedziona. Sam marzę, że kiedy w polskim sšdzie odbędzie się pokazowy proces, w którym kto udowodni w oparciu o zebrany podczas moich audycji materiał, że reinkarnacja istnieje!
Robert BernatowiczRadio ZET, marzec 1999 rok