| Nowy temat | Spis tematów | Nowszy wątek | Starszy wątek |
| Paleoastronautyka - w pigułce | |
|
Ilość wypowiedzi w tej dyskusji: 13 |
|
Na ten wywiad natrafiłem gdzieś w naszym internecie, jakiś czas temu. Ponieważ było tam napisane, że można to rozpowszechniać więc .....
Samo rozebranie wyrazu na „czynniki pierwsze” i wolne tego przetłumaczenie dałoby zdanie „prastara gwiezdna żegluga”, ale sens tego słowa należy rozumieć, jako wiedzę o czymś bardzo starym, wykraczającym nawet poza znaną nam starożytność. To jakby niby nauka (bo nie jest uznawana przez „jedynie słuszną” naukę, jako jej gałąź) o najstarszych cywilizacjach na Ziemi, a sam człon „astro” sugeruje wpływ kogoś z gwiazd, coś jak daenikenowska cywilizacja Bogów z gwiazd. Według mnie, nie ma jednoznacznej definicji i nie będzie, dopóki nie poznamy, przynajmniej w wystarczającej części, historii samej Ziemi i tego, co się na niej działo.
Do tego jednak potrzebna jest tzw. metanauka, coś stojącego najwyżej w hierarchii nauk i twór, który będzie skupiał wszystkie nauki jako całość, czego odpowiednikiem kiedyś byli filozofowie, którzy starali się ująć Człowieka, Ziemię i Wszechświat jako coś nierozłącznego, połączonego związkami przyczynowo-skutkowymi, nie wnikając jednocześnie w szczegóły. Ta nauka powinna być zaprzeczeniem dedukcji, winna skupić się na całości, poznaniu istoty zjawisk, procesów i opracowaniu procedur - zabronione i dozwolone. Szczegóły powinno się zostawić pozytywnie zakręconym. Klasycznym, negatywnym przykładem jest medycyna, która nie traktuje człowieka jako całości, a jako zbiór części zamiennych, bez zrozumienia ich współdziałania i współzależności. To dlatego lecząc nas na serce uszkadza się nam wątrobę i nerki i czasem nieodwracalnie.
Na dzień dzisiejszy paleoastronautyka zajmuje się cywilizacjami starożytności oraz cywilizacjami sięgającymi jeszcze dalej w głąb historii i jest szczypiącą solą w oku naukowych historyków, gdyż zadaje pytania, na które historycy nie potrafią odpowiedzieć.
2. Co spowodowało, że zaczął się pan interesować tą tematyką.
Prawdopodobnie jak u większości ludzi zadziałał impuls Daenikena i jego pierwsza książka „Wspomnienia z przyszłości”. Dalej poszło już normalnie. Było paliwo, nie było zapałki, aż znalazł się Daeniken i podpalił. Nie wszystko u Daenikena wydawało mi się prawdopodobne i dlatego zacząłem sam dociekać. Początkowo szło opornie, bo w latach 70-80 pozycje z tej serii rozchodziły się w bardzo małych nakładach, było ich bardzo mało, a jak już się pokazały, to jedynym sposobem na ich kupno był sposób „spod lady” - znajoma ekspedientka w księgarni albo kwiatek, czekolada i błagalny uśmiech. Za to w latach 90-tych nastąpił wysyp i to różnych autorów. Dopiero wtedy poznałem książki Sitchina i jemu podobnych. Pokazały się książki naszych autorów, choć nie wszystkie z „górnej półki”. Na temat paleoastronautyki było mało, gdyż wtedy wszyscy zajmowali się UFO. Większość naszych autorów pisała na kanwie Daenikena lub wręcz go przepisywała, czasem dodając swoje przemyślenia. Do dzisiaj za najlepiej napisaną polską książkę tego typu uważam „Atlantydę” prof. Zajdlera. Tak naprawdę wziąłem się za tą tematykę dopiero w roku 1992 po przejściu na emeryturę, a w Internecie zaistniałem dopiero w roku 2004.
3. W swoich teoriach opiera się pan głównie na starożytnych zapiskach oraz na mitach i legendach. Co mówią one o najstarszych dziejach Ziemi?
To temat na książkę i to dość pokaźnych rozmiarów. To, co dzisiaj można odnaleźć ze starych zapisów, to kropla tego, co było. Większość, jak sądzę, zapisów starożytnych nie została jeszcze odnaleziona albo nie została przetłumaczona, a te co ujrzały światło dzienne, to tylko niektóre, które zdołano przetłumaczyć na tzw. „cywilizowane” języki, które z kolei przetłumaczono na nasz język. Dzisiejsza nauka przeogromną większość dokumentów starożytnych zakwalifikowała jako klechdy i podania ludowe i odłożyła na półkę z bajkami. Jest to po części pycha i zarozumiałość dzisiejszych uczonych, a po części niezrozumienie kim byli narratorzy. Dopiero od niedawna dociera do świadomości niektórych, że są to opisy ludzi, których jedyną techniką była dzida i socha. To tak, jak dzisiaj poprosić mieszkańca z głuchej wsi, by opisał nam cyklotron. Usłyszymy tylko -„to jest coś jakby…”. I tylko to. Brak technicznego języka nie odda opisu urządzenia, a zasady działania w ogóle. Tak według mnie należy traktować wszelkie starożytne opisy. Nawet wykształceni ludzie mogą mieć trudności z wytłu-maczeniem tych opisów, bo nie zrozumiemy nic z opisu, jeżeli nie jest to nam znane z autopsji.
Starożytne opisy zawierają prawdę i trzeba tylko umieć dotrzeć do sensu opisu, zrozumieć to, co opisują i przetłumaczyć na nasz język. Przykładowo w tekstach egipskich spotykamy Horusa, syna Izydy i Ozyrysa. Egiptolodzy widzą w nim boga i tylko boga, ale niektóre teksty opisują Horusa wręcz jako element techniczny. Raz jest latającym dyskiem, który spod niebios spada na zaskoczonych nieprzyjaciół, a raz pojazdem kosmicznym z Bogami startującym w kosmos. Nikt takiej wersji nie uzna, bo przecież dopiero my, jako cywilizacja, dokonujemy podboju kosmosu. Najbardziej chyba rozpowszechnionym po świecie jest opis potopu, co może wskazywać na jeden powszechny kataklizm, ale też dobrze może opisywać, różne w czasie, podobne zjawisko. Ponieważ nie jesteśmy w stanie ustalić źródła informacji, więc twierdzimy, że opis dotyczy tylko jednego takiego kataklizmu, co może być prawdą, ale nie musi.
Inny rodzaj zapisów starożytnych zakwalifikowano jako przepowiednie. Te znowu wstawiono do działu „fantazja”, bo dzisiaj człowiek nie potrafi przewidzieć nawet „głupiego” trzęsienia Ziemi. Też byłbym tu ostrożny. Konkluzją wszystkich przepowiedni jest światowy kataklizm, co też wskazuje na jakąś informację źródłową, rozpowszechnioną po całym świecie. Czy dzisiaj nie mamy nic takiego? Owszem mamy. Sejsmolodzy ostrzegają przecież przed trzęsieniem Ziemi, które zmiecie z powierzchni Ziemi San Francisko. Kiedy? A tego nie wiadomo, ale wiadomo na pewno, że będzie. Jeśli ktoś, kiedyś był świadkiem takiego zdarzenia, to przekazał jego opis i zwiastuny tego zdarzenia. Kto to mógł być? A tu odpowiedzi mogą być różne…
Mity, legendy czy jak je nazwiemy opisują świat, jaki był kiedyś i nie muszą być pisane przez naocznego świadka. Podobnie jak my swoich pradziadków znamy przeważnie z opowieści babci czy mamy. To oczywiście przykład na mgnienie historycznego oka. Przekazy starożytnych obejmują tysiące i więcej lat. Mitologia hinduska życie człowieka na Ziemi dzieli na cztery „juga”, które w sumie trwają ponad 4 miliony lat. Według Azteków epoki Ziemi to „Słońca”, my żyjemy w czwartej, a trzy po-przednie trwały „tylko” bez mała 13 tysięcy lat. Hopi zagładę Kaskary lokują na 70 tysięcy lat temu. Grecy natomiast okresy ludzkości dzielą na cztery, nie podając jednak żadnego czasu, chociaż Hero-dot, czasy Heraklesa, a więc herosów (na styku okresu spiżowego i żelaznego), datuje na 17 tysięcy lat wstecz od jemu współczesnych. Jak widać rozpiętość ogromna, ale to nie znaczy, że wszyscy kłamią. Dzisiejsza historia, podobnie jak reszta nauk, znajduje się w kajdankach teorii Darwina i ateizmu, dlatego nie może wyjść poza gorset, który sama sobie nałożyła, a to jest powodem nieporozumień. Piramidy buduje się w epoce późnego neolitu, gdzie podstawowe narzędzia były z kamienia. Maszyna z Antykhitery okazuje się być ręcznym „komputerem”, określającym dokładne położenia gwiazd, z epoki brązu. Teoria postępu technicznego, czyli ewolucji techniki, ma się tu nijak do znanych artefaktów.
Nie można też pominąć innego rodzaju zapisów jakimi są wszelkiego rodzaju glify. Zapewne wszyscy znają kamienie z Ica. Okrzyknięto je fałszerstwem, ale tylko na podstawie pobieżnych oględzin oraz faktu, że na nich wyraźnie widać istotę jadącą na triceratopsie, co nie jest w zgodzie z teorią istnienia i wyginięcia dinozaurów. Jeśli nie fałsz, to albo człowiek zamieszkuje Ziemię od setek milionów lat, albo teoria o czasie istnienia dinozaurów jest fałszywa. Moim jednak zdaniem sztuczny podział na ery, przypisanie Ziemi wieku 4,5 miliarda lat oraz tabela stratygraficzna są obarczone bardzo dużym błędem. Dotyczy to zarówno wieku jak i logiki.
4. Jakie mamy dowody na istnienie „Cywilizacji Bogów”, co osiągnęła jak się rozwijała i dlaczego na miejsce rozwoju wybrała Ziemię?
„Cywilizacja Bogów” to pojecie umowne. Bóg, jak sobie wyobrażamy, jest czymś nieosiągalnym i niezrozumiałym dla zwykłego człowieka. Ja porównuję to do dzisiejszego spotkania Papuasa z doskonale wyposażonym komandosem amerykańskim i można się domyśleć, czym w oczach Papuasa będzie żołnierz. Będzie miał „widzenie” Boga, który spuścił się na ziemię z latającego ptaka. Będzie „widział rzeczy niewidoczne” na jego laptopie itd. Oczywiście jest to uproszczenie i przez niektórych nie do przyjęcia, ale ja to tak rozumiem. Mój przyjaciel zza oceanu mówi w ten sposób - „zmieńcie definicje Boga, a wszyscy w Niego uwierzą”. Życie na Ziemi nie powstało samorzutnie, mozolnie ewoluując od jakiejś inteligentnej bakterii, która z kolei powstała w wyniku potraktowania prądem legendarnej prazupy. To są mrzonki ateistów, bo nawet sam Darwin tego tak nie sformułował. Nasze pochodzenie od małpy, to wynik nadinterpretacji teorii Darwina przez Engelsa i tak już zostało. Jeśli nawet przyjąć, że Ziemia miała rodzime, wysokie cywilizacje, to jednak pierwszy impuls musiał przyjść z zewnątrz, a jeśli z zewnątrz, to… Ktoś lub coś musiało być tym pierwszym impulsem.
Człowiek stworzony na wzór i podobieństwo, który otrzymał rozum i wolna wolę rozpoczął samodzielna egzystencję, być może najpierw pod czujnym okiem i nadzorem Boga, ale potem już samodzielnie. Proszę się zastanowić ile czasu potrzeba na skok cywilizacyjny? Na dobrą sprawę naszej cywilizacji potrzeba było 200 lat, by stworzyć stosunkowo wysoką technikę. Ile więc takich cywilizacji mogło już być na Ziemi? Dziesiątki, setki, tysiące, dziesiątki tysięcy? Według mnie, nie jest aż tak ważne ile cywilizacji przewinęło się przez świat, ale jak i dlaczego upadały. Mając porównanie w dzisiejszym świecie można przypuścić, że jedną z przyczyn mogła być samozagłada, która jest już możliwa przy naszej, stosunkowo prymitywnej technice. Ale nasza technika ma się nijak do techniki opisywanej w Wedach, więc można się tylko domyślać skutków tamtych wojen prowadzonych i na Ziemi i w kosmosie. Ciągłość cywilizacji w pewnych warunkach mogła zostać zachowana, bo przecież i dzisiaj nikt nie atakowałby plemion w dzikiej dżungli. O wiele większe niebezpieczeństwo niosły kataklizmy naturalne i to na skalę światową, a z nich tzw. „wielki uskok skorupy ziemskiej”.
Ziemia nie jest jedynym miejscem Układu Słonecznego, na którym Bogowie „zasiali” życie i bynajmniej nie chodzi mi o życie w najprostszej formie. Planety, na których jeszcze mogą istnieć inteligentne istoty, to Uran i Neptun, pokryte płaszczem wody. Życie, w wodnej formie, może istnieć na księżycu Jowisza - Europie. Nie jest to wykluczone, choć naukowcy podchodzą do tego sceptycznie, a winna temu jest teoria budowy naszej Ziemi. Bardzo możliwe, że już niedługo przebije się w nauce hipoteza o „atomowym” jądrze Ziemi. Każda planeta posiada lub posiadała w swoim wnętrzu naturalny i pracujący reaktor jądrowy, który ogrzewa je od wewnątrz. Słońce ogrzewając Ziemię jest zdolne rozgrzać tylko niewielką grubość jej powierzchni, co można sprawdzić samemu wkładając rękę pod mech w upalny dzień. Co więc powoduje wzrost temperatury ze wzrostem głębokości? Bez ciepła dochodzącego z wnętrza Ziemi, życie umierałoby każdego wieczora. Biorąc to pod uwagę, możemy stwierdzić, że na Jowiszu czy Saturnie nie ma życia, ponieważ wielkość reaktora i ilości ciepła, które one wypromieniowują, nie pozwalają na zestalenie się powierzchni w twardą skorupę, którą najprawdopodobniej tworzy powierzchnia kipiącej lawy, a parujące gazy trującą i nieprzezroczystą atmosferę. Taka hipoteza, to jednak śpiew przyszłości. Odmienność Ziemi, to wina jej katastroficznej przeszłości, ale o tym proszę poczytać na mojej stronie.
5. Bogów dzieli pan na cztery główne grupy. Skąd ten podział?
Jest to raczej podział „roboczy” uwzględniający widoczne lub opisywane zewnętrzne, fizyczne cechy, zakładając oczywiście „jednorodność” każdej ekipy Bogów. Nie można jednak ustalić, kto i w jakim okresie przebywał na Ziemi. Historia, wszystkich Bogów wrzuciła do jednego worka i może się wydawać, że wszyscy powinni działać na Ziemi jednocześnie. Tak prawdopodobnie nie było, ale nie ma możliwości ustalenia czasu ich działania. Mogło też być zupełnie inaczej. Bogowie mogli być naszą, rodzimą cywilizacją i różnili się od siebie, jak dzisiejsze rasy. Historycy uważają, że cywilizacje na Ziemi „wybuchały” coraz to w innych miejscach. Ja uważam, że Ziemia jak i dzisiaj, tak i w przeszłości była zaludniona przez ludzi i rasy na różnych poziomach rozwoju intelektualnego i technicznego. Mieli swoją Amerykę i mieli też swój Bangladesz. Takiego podziału proszę nie traktować jako pewnik.
6. Podobno Bogowie o długich uszach mogli istnieć jeszcze w XVIII wieku na Wyspie Wielkanocnej. Co się z nimi stało?
Cywilizacja długouchych na Wyspie Wielkanocnej być może istniała jeszcze w XVIII wieku, gdyż istnieją wykonane rysunki ludzi o bardzo długich uszach. W tych latach nikt raczej nie zajmował się badaniami, bo cele były inne, życie ludzkie nic nie kosztowało, szczególnie w zdobywanych terytoriach. Traktowano to raczej jako ciekawostkę niż fakt o naukowym znaczeniu. Jeśli byli na wyspie, mogli podzielić los mieszkańców albo w bratobójczej rzezi, albo jako siła robocza wywieziona do innego kraju. Jedyny ślad jaki pozostał, to długie uszy posągów Moai. I tu jest pewien szkopuł. Ludzie na rysunkach maja uszy jakby wyciągnięte sztucznie, z długim otworem, podczas gdy posągi z wyspy konchy uszne mają całe. Gdyby nawet Moai nosili ciężkie kolczyki, otwór nie byłby tak długi jak osób na rysunkach. Istnieje więc prawdopodobieństwo, że nie należeli do tej samej rasy, a możliwe, że chcieli się tylko do nich upodobnić. Sądząc po pozostałościach (rzeźby, reliefy), rasa długouchych zamieszkiwała przede wszystkim Azję (wschodnią i południową), Oceanię i Amerykę Południową
7. Czym jest teoria Wielkiego uskoku?
Bombą z zapalnikiem czasowym, która będąc kiedyś zaaprobowaną przez naukę, zmieni całkowicie historię i nasze spojrzenie na przeszłość i przyszłość naszej cywilizacji. Jest to hipoteza, która tłumaczy upadki cywilizacji, a także i zagładę dinozaurów. Teoria uderzenia meteorytu ma przynajmniej jedną słabą stronę. Pokazywanie pożaru i palenia się dinozaurów to tworzenie filmowego faktu, który jednak głęboko zapada w pamięci. Jeśli nawet tak było, to jaka kość pozostawiona na wierzchu przetrwa, zanim coś ją przysypie? Dlaczego na szkieletach brak śladów spalenia czy zwęglenia? Skąd taka jednorazowa ilość pyłu do przysypania szkieletu? Czy naprawdę potrzeba milionów lat, by kości uległy fosylizacji? Wydaje się to być, oględnie mówiąc, naciąganiem teorii do faktów.
Przyjęcie tej teorii zmieni pogląd na tzw. epoki lodowcowe. Nie trzeba będzie Ziemi raz wkładać do zamrażalnika, a raz do piekarnika. Strefy klimatyczne Ziemi zależą tylko i wyłącznie od położenia danego obszaru w danej strefie klimatycznej, z kolei strefy klimatyczne są uwarunkowane od położenia względem osi obrotu kuli ziemskiej, która z kolei pozostaje w niezmienionym położeniu od chwili, gdy Ziemia zaczęła się obracać wokół własnej osi. Jeśli na Antarktydzie odkryto pokłady węgla kamiennego, to nie znaczy, że Ziemia była w okresie sauny, a tylko to, że Antarktyda znajdowała się w tym okresie w równikowej strefie klimatycznej. Istniejące ślady zlodowaceń odkryte na subkontynencie indyjskim nie muszą oznaczać, że Ziemia w tym okresie uległa całkowitemu zlodowaceniu, a tylko to, że kontynent mógł się kiedyś znajdować w biegunowej lub podbiegunowej strefie zimna.
8. Czy Biblijny potop to legenda oparta na prawdziwych zdarzeniach, które miały miejsce blisko 12 tys. lat temu?
Biblijny potop nie jest legendą, ale prawdziwym wydarzeniem, które wydarzyło się naprawdę choć nie wiemy dokładnie kiedy. Nie wiemy także, ile takich potopów przeżyła nasza planeta. Z historią życia na naszej planecie jest tak, jak z pisaniem historii na luźnych kartkach w pokoju bez ścian, gdzie okresowo przechodzi huragan i za każdym razem należy odtwarzać wszystko od nowa. Należy także przestać rozumieć potop, jako nagłe przybranie wód na naszej planecie, bo na całej Ziemi nie ma takiej ilości wody, by przykryć najwyższe góry. Potop na całej Ziemi może wywołać tylko „wielki uskok…” . Proszę przypomnieć sobie, w jaki sposób Bóg ostrzega Henocha - „Albowiem zagłada spotka cały świat i przyjdzie wielka fala, i zaleje całą Ziemię, i wszystko, co się na niej znajduje ulegnie zagładzie”. Nie ma mowy o długotrwałym deszczu, jaki występuje w naszej wersji Starego Testamentu, a jest mowa o wielkiej fali. 12 tysięcy lat temu prawdopodobnie doszło do „wielkiego uskoku…”, który nie tylko zatopił Atlantydę, ale zmiótł z powierzchni Ziemi dużo więcej ówczesnych „cywilizacji”.
Jeśli popatrzymy na globus, łatwo zrozumiemy dlaczego. Dzisiejsza cywilizacja, podobnie jak wszystkie poprzednie, zamieszkuje w ogromnej części obszary wybrzeży, a to głównie ze względu na morską komunikację, która rozwinęła się jako pierwsza. Mega czy giga tsunami w ataku na wybrzeża niszczy w zasadzie całość populacji oraz jej bazę socjalną i produkcyjną. Skutek możemy sobie wyobrazić. Nikt nikomu nie jest w stanie udzielić pomocy, nikt nie jest w stanie nic odbudować (brak sprzętu i bazy budowlanej). Ci, co przeżyją są skazani tylko na samych siebie i na wiedzę, której zdołali się nauczyć. Posiadane gadżety (zapalniczki, zapałki) zużywają się w krótkim czasie. Czy teraz możemy dać sobie odpowiedź na pytanie dlaczego kiedyś ludzie mieszkali w jaskiniach i używali hubki i krzesiwa? Czy możemy zrozumieć, skąd pierwotny „jaskiniowiec” miał tak wielki dar do realistycz-nego malowania w jaskiniach?. To byli ludzie bardzo inteligentni, o dużym zasobie wiedzy, ale z dnia na dzień pozbawieni wszystkiego, co stanowiło ich dorobek cywilizacyjny.
9. Platon twierdził, że nie jesteśmy pierwszą cywilizacją ludzką. Czy są jakieś dowody na potwierdzenie jego tez?
Platon mówi to, co usłyszał lub przeczytał w dostępnych jemu materiałach. Dowody na to istnieją i każdy, kto umie patrzeć i wie czego szuka, na pewno je zauważy. Nasz problem polega na interpretacji dowodów. Proszę tylko zauważyć. Mamy budowle z bloków kamiennych, których nie podniosą dzisiejsze dźwigi, mamy budowle wykute w litej skale, mamy też średniowieczne kamienne zamki, których z pewnością nie zbudowano w średniowieczu z braku odpowiedniej techniki i mamy w końcu bu-dowle ceglane z cegieł, jakich dziś nikt nie wytwarza. Jedno co się daje zauważyć, to systematycznie malejące elementy budowlane. Trzeba więc logicznie wywnioskować, że albo technika pozwalała na coraz mniej, albo elementy dostosowywano do ludzkich możliwości. Można też wyciągnąć wniosek, że „coś” przerywało ciągłość technicznych możliwości i to „coś” nie pozwalało powrócić do poprzednich możliwości technicznych.
Grecki podział ludzkości na cztery wielkie okresy, może sugerować cztery wielki cywilizacje, które zasadniczo różniły się jedna od drugiej. Nie wyczytamy wprawdzie nic o wielkiej technice, bo rzecz dotyczy tylko ludzi (techniką władali tylko Bogowie), ale może zastanowić fakt, że ludzie złotego wieku nie jadali mięsa, a żywili się tylko tym, co wydała Ziemia. Drugim faktem jest stopniowa „degeneracja” rodzaju ludzkiego i każdą kolejną erę zamieszkują ludzie o coraz niższych walorach fizycznych i duchowych. Jeśli zatem opisywane są cztery cywilizacje, to warto postawić pytanie, co było podstawą takiego ich podziału, czyli co powodowało zakończenie jednej i powstanie kolejnej. Jak sądzę, pomiędzy cywilizacjami można by wstawić ogólnoświatowe kataklizmy, które kończyły każdą z nich (na razie oprócz naszej). Co zatem dawało impuls powstania następnej? Pozostali z poprzedniej czy kolejne stworzenie? Niewykluczone.
10. Według najnowszych badań 21.XII.2012 roku ma nastąpić cykliczne przebiegunowanie Ziemi i tak jak ok. 11,5 tys. lat temu ma nastąpić zagłada cywilizacji i jeżeli przetrwają ją ludzie będą musieli ponownie odbudować dorobek ludzkości niemal od zera. Na czym opierają się naukowcy wysuwając tezę, że globalny kataklizm ma nastąpić właśnie 21.XII.2012 roku?
To jest takie naukowe gdybanie. Ziemia działa w systemie słonecznym a system słoneczny w systemie naszej galaktyki. Galaktyka jest częścią jeszcze większej całości zwanej wszechświatem. Co jest dalej wie tylko przedwieczny. Dlaczego mówi się o przebiegunowaniu, jeśli nie zna się nawet genezy ziemskiego pola magnetycznego. Ziemia będąc składową większego systemu nie może samodzielnie wykonywać dowolnych „fikołków”. Dopóki nie poznamy mechanizmów rządzących Ziemią (szczególnie geomagnetyzmu), potem układem słonecznym i dalej, nie powinniśmy wyciągać tak daleko idących wniosków. Druga sprawa to data. Datę zinterpretowano na podstawie hieroglifów Majów, a wieść o katastrofie dołożono z przekazu Olmeków. Na jakiej podstawie, skoro obie cywilizacje dzieli według nauki co najmniej 100 wieków? Nic, po prawdzie, nie można wykluczyć, ale w tym wypadku mam wątpliwości. Inna wątpliwość dotyczy naszego kalendarza. Wszyscy są zgodni, że korelacja najstarszych wydarzeń z naszym kalendarzem jest niemożliwa. Daty zerowej kalendarza Majów nie zdołano ustalić jednoznacznie, a różnice są znaczne. Jeśli jest prawdą, że naszej historii „ukradziono” 300 lat (o tym mówi też Islam), to sprawa daty jeszcze bardziej się komplikuje. Rok „2012” mógł już być albo dopiero będzie w dalekiej przyszłości. Jeśli jednak sprawdzą się te katastroficzne przepowiednie, to już nie my będziemy zaczynali od zera. Od zera będzie zaczynał ktoś inny.
11. Przypuszcza się, że podczas przebiegunowania mają wystąpić ogromne masy wody zalewając wyspy i dużą część lądów.
W Nowym Testamencie możemy odnaleźć fragment: (Łk 21,25-28.34-36) Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na Słońcu, księżycu i gwiazdach, a na Ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających Ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej Ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. Czyżby wszystkie znaki na niebie i Ziemi wskazywały to samo? Chyba powrót wielkiego potopu jest nieunikniony.
„Przebiegunowanie” Ziemi jest możliwe tylko poprzez zaistnienie „wielkiego uskoku…”, czyli mówiąc prościej, bieguny jako miejsca przecięcia się osi obrotu z powierzchnią skorupy ziemskiej będą zawsze w tym samym miejscu, a tylko inne miejsca naszej skorupy mogą zająć miejsca w okolicach biegunów. Podczas „wielkiego uskoku…” następuje tylko przemieszczenie się całej skorupy Ziemskiej. Co to oznacza? To samo co poruszenie wanną pełną wody. Bezwładność wody popchnie ją w jednym kierunku tworząc giga tsunami o niewyobrażalnej sile i wysokości. W zależności od wiel-kości przesunięcia skorupy, wody oceanów mogą dosłownie obmyć całą powierzchnię Ziemi. Takiej sile nic w stanie nie będzie się oprzeć. To będzie taki efekt, jak my zdmuchujemy pył z książki, To wła-śnie mówi Łukasz - „trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy”.
Inne źródła też raczej nie pozostawiają złudzeń: Aztekowie - „Piąte Słońce. Jego znakiem jest 4-Ruch. Zwie się Słońcem Ruchu, bo się porusza, bo kroczy swoją drogą. I jak powiadają starcy, pod-czas tego Słońca nastąpi wstrząs, będzie głód i tak zginiemy.”. Kronika z Akakor - „Opisuje rozwój i upadek wybranego przez Bogów ludu aż do końca świata, kiedy to Bogowie powrócą po trzeciej wielkiej katastrofie, która zniszczy ludzi”.
Czy jakieś znaki można zaobserwować? Sądzę, że tak. Wszelkie przepowiednie mówią, że Mesjasz, Zbawiciel czy Syn Człowieczy nadejdzie ze wschodu. Wszystkie oczy, od razu jak na komendę, zwróciły się na Bliski Wschód. No, jeżeli tak będziemy interpretować przekazy, to niczego nie ujrzymy, bo niczego nie zrozumieliśmy. Ta przepowiednia jest dla całego świata i przepowiednie wszystkich ludów mówią - „ze wschodu”. Gdzie ma szukać w takim razie Bliski Wschód? W Indiach? A Indie? W Ameryce? Nie. Kierunek wschodu jest uniwersalny dla wszystkich, a więc zinterpretujmy to jako - od Słońca. Dla każdego na Ziemi, Słońce zawsze wschodzi na wschodzie. A więc obserwujmy Słońce i jego okolice. Kto obserwuje? Jak na razie tylko amerykański satelita SOHO i są to nader interesujące informacje. Sporo zdjęć pokazywanych w Internecie ma ślady ingerencji „cenzora”, ale na wielu można zauważyć obiekty nie należące do firmamentu. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale to, co się dzieje między SOHO a Słońcem, przypomina jakąś kosmiczna bitwę. Wszystkie gwiazdy i planety poruszają się w płaszczyźnie poziomej, stosunkowo wolno i znajdują się na każdym zdjęciu dopóki nie znikną z pola widzenia satelity. Jak zatem zinterpretować obiekt wyglądający jak Saturn, który pojawia się tylko na jednym zdjęciu, które są wykonywane mniej więcej co godzinę? Co sądzić o obiekcie, który porusza się pionowo w kierunku Słońca i po zbliżeniu się do niego, na Słońcu obserwuje się potężny rozbłysk? Wszystko wskazuje na to, że nie jesteśmy sami w tej części wszechświata i kto wie czy nie jest to zapowiedź przepowiedni.
12. W środowiskach ezoteryków i numerologów panuje przekonanie, że tego dnia ma nastąpić odnowa moralna mieszkańców Ziemi i nastanie złotego okresu dla ludzkości. Sami ludzie mają natomiast wejść w niejaką czwartą gęstość, czyli krótko mówiąc rozwój duchowy bez globalnego kataklizmu. Czy to przypadkiem nie są naiwne, pobożne życzenia? Przecież gdyby miało się tak stać to cały ten rozwój powstałby 12 tys. lat temu.
Nie jestem ani ezoterykiem ani numerologiem. Po prostu na tym się nie znam. Próbuję szukać wyjaśnień na bazie zwykłej logiki i łączyć fakty, których historyk nie chce połączyć. Otoczenie jest skomplikowane ale jednocześnie logicznie proste. Każdy skutek ma swoją przyczynę i przeważnie nie tylko jedną, a przyczyny tworzą określone skutki. Nie neguję także ani zjawisk niewyjaśnionych. One istnieją, ale ja nie potrafię ich odczytać czy zrozumieć. Należy mieć odwagę powiedzieć nie wiem, a nie silić się na wytłumaczenie czy negowanie. Czy istnieją różne gęstości, tego nie wiem. Jak mam zrozumieć pojęcie gęstość? Czy to pojęcie fizyczne czy duchowe? Czy wyższym poziomem od ciała jest dusza? Jeśli tak, to może się okazać, że przejście w wyższą gęstość będzie oznaczać ni mniej ni więcej tylko pozbycie się ciała na rzecz „gołej” duszy. To jednak dla ludzi oznacza już fizyczną śmierć.
Jestem skłonny przychylić się do przemiany duchowej, bo to już widać gołym okiem. Coraz więcej ludzi poświęca czasu na rozmyślania i medytacje. Coraz więcej ludzi zaczyna interesować się swoim zdrowiem i zdrowym odżywianiem. To też jest przemiana duchowa, która człowieka skłania do wielu pytań, a wśród do najważniejszego - skąd przyszedłem i dokąd idę. Czy przejdziemy bezboleśnie do wyższości ducha nad ciałem? Prawie wszystkie przepowiednie taką zmianę poprzedzają wielkim rozlewem krwi. Być może rok 2012 to kolejny etap naszej drogi. Inna sprawa, to samo określenie „przejście do złotego wieku”. Dzisiaj człowiek znajduje się w wieku żelaznym, kończącym czteroeta-powy cykl. Jeśli Fortuna ma się toczyć kołem, to logicznym jest, że musimy przejść do kolejnego „złotego wieku”, tylko za jaką cenę?
Człowiek został stworzony dla wąskiego zakresu widma widzialnego i wszystko, co poza nim jest dla niego niewidoczne, niezrozumiałe, a być może i niebezpieczne. Wyjście poza ten zakres jest być może możliwe dopiero po pozbyciu się „opakowania”, które jest domem nieśmiertelnej duszy, tego boskiego programu komputerowego, który po uzupełnieniu go życiowym doświadczeniem, dołącza do boskiej bazy danych wszechświata. Tam, być może, boski „firewall” oddziela złe programy od dobrych, kierując dobre do raju, a złe do zniszczenia, do piekła.
13. Jakie zdanie ma środowisko paleoastronautyczne na temat pracy dzisiejszych naukowców i badaczy typu Zahiego Hawassa uważanego za największy autorytet w dziedzinie piramid i starożytnego Egiptu?
Mogę odpowiedzieć za siebie. Dzisiejsza nauka, to manowce nauki i to w prawie wszystkich dziedzinach. Historia Ziemi i ludzi, to chronologicznie poukładane kłamstwa. Fakty nagina się do teorii i odwrotnie, przeczy się najzwyklejszej logice, a wszystko to pokrywa się dziwacznym „naukowym” ję-zykiem zupełnie niezrozumiałym przez tych, do których nauka jest kierowana, bo taki winien być sens nauki. Najważniejsza rzecz - możliwość światowego kataklizmu została przed ludźmi ukryta. W ten sposób ukradziono jej sens istnienia i pozbawiono możliwości przygotowań do przetrwania. Środowisko paleoastronautyczne ma zadanie uświadomić zwykłym ludziom kłamstwa wielkich tego świata, ale na dziś jest rozdrobnione zarówno brakiem wiadomości o sobie jak i barierami językowymi. Cóż, nie od razu Kraków zbudowano.
Hawass? Klasyczny przykład uderzenia wody sodowej do głowy. Typ naukowego egoisty, pyszałka i aroganta, który tak naprawdę ma mgliste pojęcie o piramidach, a jego obszar widzenia ograniczają klapki jak u konia dorożkarskiego. Kurczowo trzyma się swojej, wyklepanej „na blachę”, jedynie słusznej wersji, nie dopuszczając jednocześnie innych badaczy. Nie potrafiąc zaatakować idei, atakuje głoszącego. O archeologicznej mafii pod piramidami i rozkradaniu cywilizacyjnego, światowe-go dorobku przemilczę.
|
|
|
oh duza ta pigulka ;/ jak dlamnie o tej porze nie do przelknięcia;/
|
|
Wina tuska |
|
Bardzo dobry artykuł.
Znalazłem źródło:
http://www.paranormalne.pl/index.php?showtopic=5713&mode=threaded
A tak przy okazji, to może ktoś wie, co się stało ze stroną "U Leszka" poświęconą m.in. paleoastronautyce?
Bo teraz na jego stronie (http://www.uleszka.net) jest tylko o "zapomnianej medycynie".
|
|
Nie idź przede mną, bo może za tobą nie pójdę. Nie idź za mną, bo może nie potrafię pokazać ci drogi. Idź koło mnie i bądź moim przyjacielem. http://wendol.cba.pl wendol@o2.pl |
|
Ciekawy wywiad. Tym bardziej że znakomicie koresponduje ze znaleziskami których nie można nigdzie zaklasyfikować. Poniżej też zamieszczam "malutką pigułkę";)
LAURA LEE: Pozwól, że zacznę od kilku najbardziej zadziwiających znalezisk archeologicznych. Mam tu na myśli znalezioną w Afryce Południowej metalową kulę z wyżłobionymi wzdłuż jej obwodu rowkami pochodzącą, jak się przypuszcza, z okresu prekambryjskiego. Odcisk buta znaleziony w Antelope Springs w stanie Utah, którego powstanie datuje się na okres kambryjski. Metalową wazę znalezioną w Dorchester w stanie Massachusetts pochodzącą prawdopodobnie z okresu prekambryjskiego. Kamień znaleziony w Szkocji, w którym znajdował się żelazny gwóźdź. Pochodzenie tego znaleziska datuje się na okres dewoński. Kamień znaleziony w Tweed w Anglii, w którym umieszczona była złota nić. Żelazny dzban znaleziony w Wilburton w stanie Oklahoma. Oba te znaleziska datuje się na okres Karbonu. Co takiego na temat naszej historii mogą przekazać nam te wszystkie zadziwiająco stare znaleziska? Chyba to, że nasza wiedza na temat prehistorii bazująca na pewnych teoretycznych założeniach nie pozwala, aby tego rodzaju znaleziska oglądały światło dzienne, i odrzuca tego rodzaju anomalie. Tego rodzaju znaleziska podważają wyznawane teorie i dlatego nie są brane pod uwagę. Zamiast wprowadzić poprawki do obecnie obowiązującej teorii lub zbadać dokładnie te znaleziska, idzie się po najmniejszej linii oporu i odrzuca je. O tym wszystkim, o tak zwanej "zakazanej archeologii", opowie nam zaraz nasz gość, Michael Cremo, współautor książki pod tym samym tytułem. Michael, dziękuję, że znalazłeś czas dla nas.
MICHAEL CREMO: To dla mnie zaszczyt być tutaj, Lauro.
LEE: Proszę, opowiedz nam o zakazanej archeologii. Co skłoniło cię, że zająłeś się tym zagadnieniem? Jakie były tego początki?
CREMO: Tak zwaną zakazaną archeologią zainteresowałem się w roku 1984. W tamtym czasie dyskutowałem razem z drem Richardem Thompsonem, który jest współautorem mojej książki, sprawę pochodzenia człowieka. Słyszeliśmy wcześniej o pewnych raportach opisujących dziwne, nieprawdopobne wręcz znaleziska. I postanowiliśmy zbadać tę sprawę. To, co znaleźliśmy, bardzo nas zadziwiło.
LEE: Co tak was zadziwiło? Proponuję, abyś wyjaśnił nam najpierw ogólnie cały problem, a potem przeszedł do szczegółów.
CREMO: W porządku. Kiedy przegląda się współczesne książki, można się z nich dowiedzieć, że ludzie tacy jak my, homo sapiens, wyewoluowali na przestrzeni ostatnich około stu tysięcy lat z istot przypominających małpy. Wszystkie przytaczane w tych książkach dowody potwierdzają tę tezę nadając jej wiarygodność. Kiedy jednak przyjrzałem się temu z bliska, zorientowałem się, że na przestrzeni ostatnich stu pięćdziesięciu lat antropolodzy tak naprawdę pogrzebali niemal tyle samo dowodów, ile wygrzebali. Mówiąc: pogrzebali - mam tu oczywiście na myśli ich ukrywanie lub ignorowanie. Dowody te świadczą przeciwko obowiązującej do dzisiaj w nauce teorii dotyczącej pochodzenia człowieka. Świadczą również o tym, że człowiek taki jak my istnieje na Ziemi nie od setek tysięcy, ale od setek milionów lat. Na początku naszej rozmowy wymieniłaś kilka osobliwych dowodów takich jak na przykład piękna metalowa waza, którą znaleziono w Dorchester w stanie Massachusetts. Natrafiono na nią w skale, która pochodzi z okresu prekambryjskiego, a to oznacza, że wykonano ją ponad sześćset milionów lat temu.
LEE: Właśnie, czy to nie jest zdumiewające? Metalowa waza, która ma ponad sześćset milionów lat? Powiedz mi, co by się stało, gdyby nagle ktoś wyłożył te wszystkie dowody na stół i nie wdając się w żadne teorie oraz unikając uprzedzeń, powiedział: Przyjrzyjmy się tym wszystkim dowodom i zastanówmy się nad dziejami ludzkiej rasy na Ziemi. Jak sądzisz, do czego by to doprowadziło?
CREMO: Pierwszą rzeczą, jaką musisz wiedzieć, jest to, że jeśli zapragniesz poznać wszystkie zgromadzone do tej pory dowody, będziesz potrzebowała do tego celu kilku stołów. Kiedy weźmiesz pod uwagę wszystkie dowody, a nie tylko te, które bada się obecnie, to stwierdzisz, że ludzie tacy jak my koegzystują na tej planecie z innymi istotami od bardzo dawna - dosłownie od setek milionów lat.
LEE: Teoria koegzystencji z innymi istotami nikogo dzisiaj już nie dziwi, ponieważ obecnie uważa się, że człowiek neandertalski koegzystował przez sto tysięcy lat z człowiekiem z Cro-Magnon. Czy to współczesna teoria? Czy jest słuszna?
CREMO: Tak, masz całkowitą rację. Nawet teraz są uczeni, jak choćby brytyjska antropolog Myra Shackley, którzy twierdzą, że w obecnych czasach nadal koegzystujemy z takimi istotami jak choćby człowiek neandertalski. Tę teorię potwierdzają liczne relacje pochodzące z wielu części świata. Mówią one o obserwacjach dziwnych istot, takich jak na przykład Yeti lub Człowiek Śniegu, jak je się nazywa w Himalajach, zaś w Ameryce Północnej Wielka Stopa lub Sasquatch, a także innych podobnych do nich istot. Zatem teoria koegzystencji z tego typu istotami ma całkiem solidne podstawy.
LEE: Przyjrzyjmy się temu dokładniej, przyjrzyjmy się dowodom, jakie mamy. Zacznijmy od początku posuwając się w górę strzałki czasu. Zauważyłam, że w miarę cofania się w czasie znajdujemy coraz bardziej znaczące znaleziska, zaś kierując się ku współczesności są one coraz mniej wyszukane. Pojawienie się pierwszych ludzi na Ziemi umiejscawiasz w swojej książce w znacznie dawniejszym okresie niż inni. Michael, opowiedz nam o kilku tych niezwykłych znaleziskach, których wiek szacuje się na wiele milionów lat, co jak wiadomo, stoi w sprzeczności z obecnie obowiązującą teorią. Czy mógłbyś wymienić kilka przykładów? Interesują mnie okoliczności, w jakich je odkryto, czy są dobrze udokumentowane i gdzie się w chwili obecnej znajdują? CREMO: W porządku, oto jeden bardzo dobry przykład. Pochodzi z ostatnich lat. Pragnę zaznaczyć, że to jeden z moich ulubionych. W roku 1979 w Laetoli w Tanzanii Mary Leakey, żona jednego z najsłynniejszych antropologów dwudziestego wieku, Louisa Leakeya, znalazła w wyschniętym wulkanicznym pyle liczącym sobie 3,6 miliona lat odciśnięte ślady stóp należące do trzech osobników. Analizowało je wielu specjalistów zajmujących się badaniem śladów stóp, tacy jak na przykład antropolodzy fizyczni. Całe to odkrycie zostało szczegółowo udokumentowane w magazynie National Geographic i innych podobnych mu periodykach, które wymieniliśmy w naszej książce. Możesz je tam obejrzeć uwiecznione na fotografii. Wyglądają identycznie jak odciski stóp współczesnego człowieka. Jeden z badaczy powiedział, że gdyby przejść się teraz po plaży i spojrzeć na odciski ludzkich stóp, jakie możemy tam znaleźć, to nie stwierdzilibyśmy między nimi i tymi odnalezionymi na zaschniętym wulkanicznym pyle żadnej różnicy. Najdziwniejsze w całej tej sprawie jest to, że żaden z uczonych, którzy badali te ślady, nie doszedł do oczywistego wręcz wniosku, że istota, która je pozostawiła, musiała być bardzo podobna do nas, współczesnych ludzi.
LEE: Tak więc z jednej strony mamy dowody, które wykorzystuje się do poparcia odpowiedniej teorii, o ile oczywiście do niej pasują, z drugiej zaś nie mniej cenne dowody, które się odrzuca, jeśli do niej nie pasują. Nie uważasz, że to pewien rodzaj hipokryzji?
CREMO: Oczywiście, że tak. To zjawisko nazwaliśmy "filtrowaniem wiedzy" i w pewnym sensie nie jest to wcale diabelski spisek naukowców w celu oszukiwania ludzi. Jest to raczej pewien rodzaj samooszukiwania się naukowców, którzy są w to zaangażowani. Na przykład kiedy znaleziono wspomniane odciski stóp, antropolodzy stwierdzili, że "musiały one należeć do australopiteka", mimo iż w swoich zbiorach mieli kości stóp tego człekopodobnego stworzenia przypominającego małpę, które żyło prawdopodobnie trzy miliony lat temu w Afryce. Posiadane przez nich kości stóp nie pasowały do śladów znalezionych przez Mary Leakey.
LEE: W jakim stopniu te dwa znaleziska nie zgadzały się ze sobą?
CREMO: W dużym, dlatego że palce stóp australopiteka są bardzo długie i zaokrąglone. Duży palec ich stóp pełni u nich rolę podobną do naszego kciuka. Przyjrzyj się szympansom, spójrz na ich stopy. Wielki palec w stopach szympansów może poruszać się na wszystkie strony. Pełni podobne funkcje jak kciuk u ludzi. Jest na przykład bardzo pomocny podczas wspinania się po drzewach - do chwytania gałęzi. Tak więc znalezione w Afryce ślady stóp, które datowane są na 3,6 miliona lat w żadnym wypadku nie mogą być śladami pozostawionymi przez australopiteka.
LEE: Dlaczego w takim razie wybrano właśnie jego do wyjaśnienia pochodzenia tych śladów?
CREMO: Ponieważ była to, jak wówczas sądzono, jedyna w owym czasie istota, która chodziła na dwóch nogach, a także dlatego, że ignorują oni wszystkie inne dowody, które wskazują, że ludzie podobni do współczesnego człowieka żyli w tamtym czasie. Coś takiego nie mieści się w ich głowach mimo ewidentnych dowodów. Jeśli to są ślady ludzkich stóp, to mógł je odcisnąć nie kto inny jak ludzie.
LEE: A co na to Leakeyowie? W jaki sposób oni interpretowali te ślady?
CREMO: Mary Leakey twierdziła, że te ślady pochodzą od człekokształtnej małpy z ludzkimi stopami. Gdyby to był jedyny dowód, jaki mamy, na istnienie człowieka w zamierzchłej przeszłości, to można by było przyznać jej rację. W naszej książce Zakazana archeologia przedstawiliśmy jednak wiele innych udokumentowanych dowodów na istnienie człowieka w tamtym okresie, na przykład kamienne narzędzia, różnego rodzaju wyroby rzemieślnicze, inne ludzkie kości oraz kompletny szkielet człowieka pochodzący z tego samego okresu co ślady stóp znalezione przez Mary Leakey. Wyżej wymienione znaleziska każą nam przypuszczać, że ślady stóp widniejące w wyschniętym wulkanicznym pyle zostały odciśnięte przez człowieka.
LEE: Dlatego że potwierdzają to inne dowody
CREMO: Dokładnie tak.
LEE: Sugerujesz zatem, że historia rodzaju ludzkiego zawiera jakieś bardzo interesujące rozdziały, które są najzwyczajniej w świecie ignorowane, tylko dlatego że obowiązuje nas jakaś niewłaściwa teoria. Może podasz nam jakieś inne przykłady. To, co mówisz, jest bardzo interesujące.
CREMO: Innym przykładem może być szkielet znaleziony w Afryce w roku 1913 przez dra Hansa Recka, pracownika Uniwersytetu Berlińskiego. Szkielet spoczywał na obszarze znanym obecnie jako Olduval Gorge
LEE: Bardzo popularne miejsce do dokonywania odkryć, nieprawdaż?
CREMO: Zgadza się. To właśnie tam Leakeyowie prowadzili większość swoich poszukiwań archeologicznych. W roku 1913 dr Hans Reck znalazł tam kompletny szkielet współczesnego człowieka, który spoczywał w skamieniałej warstwie geologicznej liczącej sobie od jednego do prawie dwóch milionów lat. Było to bardzo doniosłe odkrycie, ponieważ zgodnie ze współczesnymi teoriami naukowymi ludzie tacy jak my istnieją na Ziemi od niespełna stu tysięcy lat, co oznacza, że ten szkielet nie powinien istnieć
LEE: W jaki sposób to wyjaśniono? Czy w roku 1913 człowiek nie był w centrum zainteresowania archeologii? Dlaczego tego typu znaleziska nie były analizowane?
CREMO: W tamtym czasie, po odkryciu w roku 1894 Człowieka Jawajskiego, podstawy współczesnej archeologii dopiero się kształtowały. Kiedy patrzy się teraz na to z perspektywy czasu, jest to bardzo interesująca historia przypominająca powieść detektywistyczną. Swoje epokowe dzieło O powstawaniu gatunków Karol Darwin napisał w roku 1859. Książka ta wywołała fale intelektualnego szoku, które obiegły cały świat. Najbardziej intrygujące w tamtym czasie pytanie brzmiało: "Skąd pochodzi człowiek?"
LEE: Zgodzisz się chyba ze mną, że jesteśmy raczej samolubnymi istotami, prawda?
CREMO: Tak, to prawda. Nie interesujemy się zbytnio, skąd się wzięły na przykład motyle czy kraby. Interesuje nas, skąd pochodzimy my sami - ludzie. Pokusiłem się więc o przejrzenie współczesnych opracowań i zauważyłem w nich brak jakichkolwiek wzmianek o raportach z okresu między rokiem 1859, kiedy to Darwin napisał O powstawaniu gatunków, a 1894, kiedy odkryto Człowieka Jawajskiego, które mówiłyby o tego typu znaleziskach. Pomyślałem, że to bardzo dziwne, zwłaszcza że w tamtym czasie niezliczone rzesze naukowców poszukiwały na całym świecie brakującego ogniwa niezbędnego do wyjaśnienia zagadki pochodzenia człowieka. Poprosiłem zatem jednego z moich asystentów, aby udał się do biblioteki i przyniósł mi jakieś książki antropologiczne z lat 1880-1885. Chciałem je dokładnie przejrzeć. To, co w nich znalazłem, wręcz mnie zaszokowało. Były one napisane przez naukowców a nie zwykłych ludzi. Uczeni ci byli geniuszami swojej epoki. Opisywali w naukowych czasopismach różnego rodzaju dowody wskazujące, że ludzie tacy jak my - żadne tam małpoludy ani brakujące ogniwa - żyli 10, 20, 30, 40, 50, a nawet więcej milionów lat temu. I nie mówię tu o jakimś jednym czy dwóch odkryciach, ale o setkach tego typu odkryć. Wszystkie je opisałem w swojej liczącej niemal tysiąc stron książce Zakazana archeologia.
LEE: To niesamowite. Gdzie są te wszystkie znaleziska? Gdzie się teraz znajdują? Co się z nimi stało? Co się obecnie dzieje z tymi setkami ludzkich szkieletów, z których wiele pochodzi sprzed setek milionów lat, i co z wcześniejszymi znaleziskami, które udokumentowaliście w swojej książce?
CREMO: Najstarsze znaleziska, jakie opisaliśmy, to oczywiście nie mówimy tu teraz o szkieletach, ale różnego rodzaju przedmiotach, które nie mogły powstać w sposób naturalny
LEE: Rozumiem.
CREMO: Przedmioty, które opisaliśmy, zostały najwyraźniej wykonane ludzką ręką. Najstarszy z nich to metalowa kula z wyżłobieniami znaleziona w Południowej Afryce. Znaleziono ich bardzo wiele. Są to doskonale okrągłe metalowe kule, z których część ma po trzy wyżłobienia biegnące wokół ich obwodu. Ich wiek szacuje się na około 2,8 miliarda lat
LEE: Przepraszam, czy dobrze zrozumiałam? Mówisz, że te kule mają 2,8 miliarda lat?
CREMO: Tak. Jak zapewne wiesz, zgodnie z obowiązującą teorią naukową, Ziemia ma około 5,3 miliarda lat. Tak więc te metalowe kule są dosyć stare, prawda? Najstarszym śladem pozostawionym przez człowieka jest odcisk stopy odnaleziony w Antelope Springs w stanie Utah w roku 1968. Szacuje się, że pochodzi on z okresu kambryjskiego, to znaczy, że ma mniej więcej sześćset milionów lat.
LEE: Powiedz mi, ile lat mają najstarsze szczątki szkieletu, jakie znaleziono?
CREMO: Najstarszymi pozostałościami szkieletu, z jakimi się zetknęliśmy i opisaliśmy w naszej książce, jest szkielet człowieka, który został odkryty w kopalni węgla w okręgu Macoupin w stanie Illinois w roku 1862. Szkielet ten opisano w czasopiśmie The Geologist. Stwierdzono, że pochodzi z okresu Karbonu, co oznacza, że ma około trzystu milionów lat. Jest to więc bardzo niezwykłe znalezisko. Jednak jak to się często zdarza, jeśli któreś ze znalezisk nie pasuje do obowiązującej teorii, to się go nie ujawnia opinii publicznej, kiedy zaś pasuje, to jest pieczołowicie pielęgnowane i eksponowane.
LEE: Robi się wokół tego wiele szumu, nagłaśnia, można wszędzie o tym przeczytać
CREMO: Tak. Znaleziska, które pasują do przyjętych teorii, można oglądać w muzealnych gablotach. Kręci się o nich filmy, które można później obejrzeć w programie National Geographic lub innych jemu podobnych. Lecz jeśli coś stoi w sprzeczności z obowiązującą teorią, to nigdy się o tym nie usłyszy. Tych dziwnych znalezisk się nie zachowuje, dlatego często nie pozostaje po nich żaden ślad. Chcę też powiedzieć, że to ludzie tacy jak ty, mam tu na myśli przedstawicieli środków masowego przekazu, powinni głębiej badać tego rodzaju sprawy. To tak jakbyś pytała polityka o jakąś sprawę, którą on starałby się przed tobą ukryć, i brała jego wyjaśnienia za dobrą monetę, nie starając się jej zgłębić, nie starając się poznać rzeczywistych faktów. Sądzę, że wiele wyników prac archeologów jest ukrywanych przed opinią publiczną. Pragnę podkreślić, że nie możemy im ufać bardziej niż zwykłym ludziom, tylko dlatego że zajmują uniwersyteckie posady lub mają przed nazwiskiem literki "dr".
LEE: Całkowicie się z tym zgadzam. Michael, przedstawiasz tu całkiem odmienny punkt widzenia od tego, jaki ma większość ludzi. Mówisz, że naszym obowiązkiem, intelektualną powinnością jest nieprzyjmowanie głoszonych teorii na słowo, ale staranie się ustalić, czy nic się za nią nie kryje i czy istnieją jakieś inne możliwości. Dlaczego tak uważasz? Słyszałam od wielu ludzi, którzy mówili, że musisz być chyba głupi, skoro nie akceptujesz teorii, które wyznają szerokie kręgi uczonych, albo że padłeś ofiarą oszustwa i tracisz czas zajmując się tym, co robisz. Jak sądzisz, dlaczego twój punkt widzenia tak bardzo się różni i co ma nas skłonić do przyjęcia alternatywnej teorii.
CREMO: Sądzę, że w stosunku do nauki powinniśmy przyjąć taką samą postawę, jak w stosunku do polityki i polityków. Podam przykład. Jeśli mamy jakieś podejrzenia w stosunku do danego polityka, zwykle sądzimy, że coś ukrywa przed nami, i wówczas nie akceptujemy tego i żądamy wyjaśnień.
LEE: Wyjaśnij mi to w jakiś inny sposób, proszę.
CREMO: Dobrze. Sądzę, że tego rodzaju podejście, to znaczy akceptowanie wszystkiego, co mówią naukowcy, jest w chwili obecnej przeważające. Myślę, że powinniśmy być bardziej
LEE: Sceptyczni?
CREMO: Tak. Powinniśmy być bardziej sceptyczni. Na niektóre sprawy powinniśmy spojrzeć niezależnym okiem, czasem nawet przyjąć postawę postronnego obserwatora. Ludzie chcą znać stanowisko kogoś niezależnego, osoby nie związanej z daną sprawą. Dlatego nie należy za każdym razem zwracać się do ekspertów, którzy badają daną sprawę, ponieważ oni zawsze przedstawią swój punkt widzenia na to, co badają. Aby zbadać coś dokładnie, potrzeba ludzi z zewnątrz, którzy spojrzą na to świeżym okiem. Właśnie coś takiego zrobiliśmy w naszej książce. Materiał do niej zaczęliśmy gromadzić bez żadnych przyjętych z góry koncepcji i to, co znaleźliśmy, dowodzi, że nasze wyobrażenia o przeszłości są nieobiektywne. Nie przekazuje się nam całej prawdy. Nie podaje się nam wszystkich faktów. Dlatego w Zakazanej archeologii staraliśmy się przedstawić wszystkie fakty, aby ludzie sami mogli wyciągnąć z nich wnioski.
LEE: Jakie ty i Richard Thompson macie wykształcenie w tej dziedzinie?
CREMO: Prawie żadnego, poza badaniami, jakie przeprowadziliśmy.
LEE: Czy łatwo prowadzi się tego rodzaju badania? Czy raporty, które badaliście, były łatwo osiągalne? Skąd wiedzieliście, gdzie szukać prawdy, jeśli była ukrywana?
CREMO: To było jak pisanie detektywistycznej powieści. Po pierwsze, cofa się w badaniach wstecz i zaczyna odnajdywać raporty mówiące o różnego rodzaju znaleziskach. Później trzeba szukać nieznanych przypisów. To jest jak kamuflaż. Jak zatajanie jakiejś sprawy. Jeśli chce się coś odkryć, trzeba się do tego dokopać. Musieliśmy zdobyć czasopisma, niektóre z nich utajnione, oraz raporty dosłownie z całego świata, z których część pochodziła nawet sprzed kilkuset lat. Następnie trzeba było je przetłumaczyć na angielski z niemieckiego, francuskiego, hiszpańskiego, rosyjskiego i wielu innych języków. Zajęło to nam prawie osiem lat. Osiem lat pracowicie zbieraliśmy materiały do naszej książki. Wszystko jest w niej dokładnie opisane, każda informacja ma swój odnośnik. To kompletna biografia.
LEE: Jednak naukowcy nie odpowiedzieli na to, co napisaliście. Sądzę, że czytali waszą książkę i z łatwością mogliby zweryfikować prawdziwość pochodzenia niektórych z przedstawionych przez was znalezisk. Oczywiście nawet w tysiąc stronicowej książce nie mogliście opisać ich wszystkich. Jakie zatem obraliście kryterium, którym kierowaliście się przy wyborze danego znaleziska do zbadania i umieszczenia w książce?
CREMO: Wybieraliśmy tylko te znaleziska, których pochodzenie można było udokumentować i poświadczyć w sposób naukowy. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że proces nazwany przez nas "filtracją wiedzy" trwa nadal. Mieliśmy szczęście dotrzeć do kilku współczesnych badaczy, którzy padli jego ofiarą. Byli tak uprzejmi, że wyjaśnili nam, w jaki sposób jest on realizowany.
LEE: Zatem powiedz nam, jak się on obecnie odbywa?
CREMO: Po pierwsze, potrzebne są pieniądze. Następnie są określone grupy wpływowych ludzi, którzy kontrolują pewne stanowiska. Jest także potrzebna możliwość publikowania wyników badań. Należy wiedzieć, że jeśli chce się zostać profesorem na uniwersytecie, należy posiadać rekomendacje. Jeśli chcesz, aby twój artykuł został opublikowany w naukowym czasopiśmie, musi on przejść najpierw przez coś, co się nazywa "powtórną weryfikacją".
LEE: Pewni ludzie mogą komentować czyjąś pracę i jej autor nawet nie wie, kim oni są.
CREMO: Dokładnie tak. Nie wiadomo, kim oni są. W pewnym sensie można nawet powiedzieć, że jest to dominująca grupa ludzi, która wykorzystuje różnego rodzaju środki, aby uniemożliwić poznanie prawdy szerszemu kręgowi społeczeństwa.
LEE: Zatem do objęcia jakiegoś ważnego stanowiska naukowego, opublikowania jakiegoś ważnego artykułu potrzebne są tak zwane układy i koneksje, czy tak?
CREMO: Oczywiście. Od czasu do czasu łączę się poprzez mój komputer z Internetem
LEE: Ja również.
CREMO: Jak wiesz, w Internecie istnieją grupy dyskusyjne. W niektórych z nich dyskutuje się na temat wad obecnego systemu i są ludzie, którzy właśnie ten temat wybrali sobie jako obiekt swoich zainteresowań.
LEE: Jakiego typu są to grupy? Czy to grupy artystyczne? Biblioteczne? Chodzi mi o to, skąd czerpiesz tego rodzaju informacje? Wśród naszych słuchaczy mamy przecież wielu użytkowników Internetu.
CREMO: Spotkałem się z jedną, ale nie pamiętam dokładnie jej nazwy, pamiętam tylko, że była naprawdę dziwna. Grupa ta prowadziła dyskusję na temat możliwości zatrudnienia się na stanowiska uniwersyteckie. Dyskutowano o tym, co trzeba zrobić, aby taką posadę otrzymać, oraz o systemie ich przydzielania, w ogóle o tym, jak działa ten system.
LEE: Zatem nie ma sensu starać się o jakiekolwiek stanowisko, dopóki nie pozna się, jak się należy o nie ubiegać.
CREMO: Dokładnie tak. Na każde stanowisko uniwersyteckie, które się zwalnia, jest zazwyczaj bardzo wielu, czasami setki, kandydatów.
LEE: Jak rozumiem, tak wielka konkurencja zachęca, aby być w zgodzie z obowiązującą doktryną, prawda? Jeżeli myśli się poważnie o posadzie, to robi się wszystko, aby ją otrzymać.
CREMO: To prawda. W kręgach uniwersyteckich i naukowych istnieją bardzo wpływowi ludzie, którzy decydują, kto obejmie dane stanowisko, kontrolują możliwość publikowania wyników badań oraz otrzymania na nie pieniędzy. Jeśli chce się mieć dobrą posadę, publikować swoje prace oraz mieć pieniądze na prowadzanie badań, to musi się grać tak, jak oni tego chcą. Właśnie tak działa ten system. Rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy stali się jego ofiarami. Ludziom tym odmówiono prawa do publikacji ich własnych prac, odmówiono im możliwości wykonywania pracy i pozbawiono pieniędzy na prowadzenie badań.
LEE: Może ci ludzie chcieli głosić jakieś herezje?
CREMO: Nie. Przyczyną były ich poglądy. Jeden z takich przypadków przedstawiamy w naszej książce. Dotyczy on Virginii Steen-McIntyre, geolog pracującej dla US Geological Survey. W 1970 roku oznaczała wraz z innymi geologami wiek pewnego miejsca w Hueyatlaco w Meksyku, w którym znaleziono bardzo precyzyjnie wykonane kamienne narzędzia. Mógł je wykonać nie kto inny, jak tylko człowiek. Do określenia wieku miejsca, w którym znaleziono te narzędzia, oprócz metody uranowej wykorzystano również inne techniki. Dzięki temu ustalono, że wynosi on około trzystu tysięcy lat. Obowiązująca jednak doktryna mówi, że człowiek pojawił się w Ameryce Północnej nie więcej niż dwanaście tysięcy lat temu. Mimo iż niektórzy uczeni wydłużają już ten okres nawet do dwudziestu pięciu a nawet trzydziestu tysięcy lat, nadal obowiązuje dwanaście tysięcy lat. Tak więc mamy tu bardzo precyzyjnie wykonane narzędzia znalezione w miejscu datowanym na trzysta tysięcy lat, co jest w tym przypadku wręcz ekstremalną anomalią. Nie było wtedy przecież na Ziemi tak rozwiniętej istoty, która mogłaby wykonać takie narzędzia. Przecież człowiek istnieje od stu tysięcy lat. W rzeczy samej tego rodzaju narzędzia znaleziono w Europie, ale ich wiek datuje się na czterdzieści tysięcy lat. Tak więc fakt, że w Meksyku, gdzie w tym czasie w ogóle nie powinno być jeszcze człowieka, znaleziono narzędzia, których wiek datuje się na trzysta tysięcy lat, to znaczy ponad dwieście pięćdziesiąt tysięcy lat więcej niż jakiekolwiek inne znalezisko tego typu, jest nie do przyjęcia!
LEE: I to rodzi problem, prawda?
CREMO: Tak. Badacze, którzy to odkryli, sporządzili raport, ale nigdy nie udało im się go opublikować. Nikt nie chce się tego podjąć.
LEE: Powiedz mi, co się stało z tymi narzędziami? Gdzie się one dzisiaj znajdują?
CREMO: Narzędzia te są przechowywane w jakimś muzeum - odnalazły się stosunkowo niedawno i jeśli się pośpieszycie, to może jeszcze zdążycie je zobaczyć. Staraliśmy się o pozwolenie na zrobienie im zdjęć i umieszczenie ich w naszej książce. Powiedziano nam jednak, że możemy dostać na to zgodę, pod warunkiem że pod zdjęciami umieścimy napis, że mają one dwadzieścia pięć tysięcy lat. Jeśli jednak będziemy upierali się przy tym, że mają one trzysta tysięcy lat, to nie otrzymamy zgody na ich wykonanie.
LEE: Opowiedz nam jeszcze o innych tego typu znaleziskach, a potem o tym, kto decyduje o losach tej światowej spuścizny? Podaj niektóre z narzucanych ograniczeń. W jaki sposób datuje się znaleziska? Skąd wiemy, jak są one stare? Wiem, że datowanie wielu znalezisk związane jest z wiekiem warstw geologicznych, w których je znaleziono. Opowiedz nam coś więcej o tych znaleziskach, a potem przejdźmy do omówienia związanych z nimi spraw.
CREMO: Zgoda. Innym ciekawym znaleziskiem jest rzeźbiona muszla odkryta w formacji skalnej Red Crag w Anglii. Muszlę tę znalazł Henry Stopes, członek Angielskiego Towarzystwa Geologicznego. Wiek formacji skalnej w Red Crag szacuje się na około dwa miliony lat. Na znalezionej przez niego muszli widnieje wyrzeźbiona ludzka twarz. Zgodnie z obowiązującą doktryną tego rodzaju przedmioty sztuki wykonane przez człowieka i znalezione w Europie nie mogą być starsze niż czterdzieści tysięcy lat. Tak więc muszla, której wiek szacowany jest na dwa do trzech milionów lat, jest niezwykłą anomalią. Pragnę w tym miejscu dodać, że znaleziono ją w dziewiętnastym wieku.
LEE: Rozumiem. A co z innymi niezwykłymi znaleziskami?
CREMO: Teraz przykład pochodzący z Ameryki Północnej. Jesteśmy w posiadaniu świetnej dokumentacji pokazującej, w jaki sposób ukrywa się niektóre znaleziska. W miejscu zwanym Sheguiandah, na terenie Wielkich Jezior w Kanadzie, a dokładnie na wyspie Manitoulin, dr Lee znalazł w formacji glacjalnej kamienne narzędzia, których wiek oszacował na siedemdziesiąt tysięcy lat. Jak już wcześniej wspominałem, zgodnie z obowiązującą teorią człowiek pojawił się w Ameryce Północnej dopiero dwanaście tysięcy lat temu. Kiedy dr Lee dokonał swojego odkrycia, współpracował z Muzeum Narodowym Kanady. Poprosił innego geologa, aby przyjechał i zbadał te narzędzia, ponieważ chciał się upewnić, czy otrzymane przez niego wyniki są prawdziwe. I w tym momencie stracił pracę. Nie dopuszczono do publikacji jego raportu na temat tego odkrycia. Co więcej, przez lata nie mógł dostać nigdzie pracy w swoim zawodzie. Czuł się z tego powodu bardzo pokrzywdzony. Kamienne narzędzia, które znalazł, zostały zabrane i gdzieś ukryte.
LEE: Zatem całą tę sprawę jakby pogrzebano?
CREMO: Tak, pogrzebano ją.
LEE: W swojej książce umieściliście opisy przede wszystkim tych przedmiotów, których pochodzenie da się udokumentować i które wymagały od was przeczytania fachowej literatury naukowej. Wspominacie też o znaleziskach, wprawdzie niezbyt często, których pochodzenie nie jest tak dobrze udokumentowane. Mam tu na myśli przedmioty znalezione przez górników kopiących w bardzo głębokich, starych warstwach węgla. Na przykład słyszłam od ludzi, którzy rozdrabniają grudy węgla na mniejsze kawałki po to, aby móc włożyć je później do swoich pieców, o znajdujących się w nich złotych łańcuchach, metalowych wazach oraz innych niezwykłych znaleziskach. Czy rzeczywiście coś takiego miało miejsce i czy może sami górnicy, którzy pracują w kopalniach, również coś znaleźli.
CREMO: Opowiem ci o jednym tego typu przypadku, który opisaliśmy w naszej książce. W roku 1987 na łamach gazety Daily News, która wychodzi w Omaha w stanie Nebraska ukazał się artykuł zatytułowany "Rzeźbiony kamień wygrzebany w kopalni". Opowiadał on o odłamku skalnym o wymiarach 0,6 na 0,3 metra. Na jego górnej powierzchni były wyrzeźbione geometryczne figury w kształcie diamentu, a wewnątrz każdego z tych diamentów ludzka twarz przedstawiająca osobę w starszym wieku. Jak ten kamień dostał się do warstwy, z której wydobywa się węgiel? Miejsce, z którym go znaleziono, położone było na głębokości około stu trzydziestu stóp [39 m] pod powierzchnią ziemi. Górnicy mówili, że warstwy węgla w tym miejscu były nienaruszone. Trzeba wiedzieć, że ci ludzie wiedzą, co mówią, bowiem od tego, czy węgiel był naruszony, czy nie, często zależy ich życie. Gdyby wydobywali węgiel w miejscu, gdzie został on naruszony, groziłoby to osunięciem się warstw węgla i w rezultacie mogliby zostać uwięzieni pod ziemią. Węgiel wydobywany nie opodal Omaha w stanie Nebraska ma około trzystu milionów lat, co czyni to znalezisko niezwykłym odkryciem. Gdzie w chwili obecnej znajduje się ten dziwny kamień? Nie wiem. Próbowaliśmy go odszukać, ale niestety nie udało się nam. Co ciekawe, kamień ten był opisywany w gazetach. Znaleźliśmy wiele wzmianek na jego temat. Widocznie tak bardzo odbiega on od obowiązującej obecnie teorii, że prawdopodobnie nigdy nie zostanie zaakceptowany przez współczesną naukę i nigdy nie zostanie umieszczony w żadnym z muzeów. Przypuszczamy, że to któryś z górników zatrzymał sobie ten kamień, a kiedy umarł, przeszedł on w posiadanie jego rodziny, albo on sam gdzieś go zapodział
LEE: Albo spoczywa on sobie gdzieś u kogoś w domu na strychu i ten ktoś nawet nie zna jego prawdziwego pochodzenia.
CREMO: Może tak być. Jeśli ktoś wie, co się dzieje z tym kamieniem, niech skontaktuje się z nami.
LEE: Michael, słyszałam o odkryciu znajdujących się sto pięćdziesiąt stóp [45 m] pod ziemią kamiennych ścian. O ile mi wiadomo, odkryć takich dokonano w Teksasie i Kalifornii. Czy to prawda? Czy kiedykolwiek spotkałeś się z czymś tak ogromnym, jak te kamienne ściany?
CREMO: Tak słyszeliśmy o tego rodzaju znaleziskach. O jednym z nich wspomnieliśmy w naszej książce. Mamy relację górnika, który pracował w roku 1928 w kopalni w Heavener w stanie Oklahoma. Miejsce, w którym dokonano odkrycia, położone było na głębokości dwóch mil [3,2 km] i składało się z różnych komór. Pewnego ranka odstrzeliwszy ścianę węgla górnicy ujrzeli na końcu powstałej komory betonowe, jak je określili, bloki niewiadomego pochodzenia. Miały one bardzo gładką, jakby wypolerowaną powierzchnię i tworzyły coś, co wyglądało jak ściana, którą ktoś tam na dole musiał wybudować. O swoim odkryciu powiadomili przełożonego, który usłyszawszy o tym kazał im opuścić ten korytarz i skierował ich w inne miejsce. Część korytarza, w którym znajdowały się te bloki, po prostu zasypano.
LEE: Wygląda to na typowe postępowanie w tego rodzaju przypadkach.
CREMO: Tak, to typowe postępowanie. Pamiętajmy jednak, że w przypadku tego rodzaju znalezisk można ponownie rozpocząć ich badanie, tylko że do tego potrzeba ludzi o bardziej otwartych umysłach.
LEE: Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek nad tym, co by się stało, gdyby pewnego dnia nasza Ziemia stała się nagle przeźroczysta i moglibyśmy ujrzeć na przykład wszystkie kości dinozaurów, niezwykłe przedmioty wykonane przez człowieka, wszystkie ludzkie szczątki, odciski stóp - to wszystko, co znajduje się zagrzebane w Ziemi i spoczywa w niej od niepamiętnych czasów. Jak sądzisz, co byśmy wtedy ujrzeli? Czy byłoby tego dużo?
CREMO: No, gdybyśmy mieli taką możliwość, to sądzę, że poznalibyśmy pełny obraz wszystkich stworzeń i ludzi. Jednak w chwili obecnej mamy do czynienia z problemem innego rodzaju niż tylko z możliwością ujrzenia wszystkich szczątków i artefaktów. Otóż wszystkie rzeczy, które odnajdujemy, są traktowane w dwojaki sposób. Jeśli jakieś znalezisko pasuje do obecnie obowiązującej teorii to
LEE: Nie ma z nim żadnego problemu, czy tak?
CREMO: Tak. Ale jeśli coś się nie zgadza z obowiązującą doktryną, to takie znalezisko jest tuszowane. Zawsze przecież można znaleźć coś, czego pochodzenia nie da się wyjaśnić. Ostatecznie można powiedzieć, że dane znalezisko jest po prostu zręczną mistyfikacją
LEE: Właśnie, może ktoś to zaplanował albo
CREMO: Masz rację. Problem jednak w tym, że gdyby przyjąć tę samą miarę do znalezisk, które znajdują się obecnie w muzeach, to również i je spotkałby ten sam los. Na przykład, jeśli ktoś odnajduje szkielet współczesnego człowieka w warstwie węgla położonej blisko powierzchni, której wiek szacuje się na dwieście milionów lat, to mamy podstawy, aby uważać, że i on ma tyle lat. Ktoś inny może jednak tego nie uznać i stwierdzić, że szkielet ten znaleziono zbyt blisko powierzchni ziemi, w związku z czym Także najbardziej znane znalezisko archeologiczne, jakim jest Lucy - najsłynniejsza przedstawicielka gatunku australopithecus znaleziona w Etiopii w roku 1970 przez Donalda Johansona - odkryto blisko powierzchni ziemi. Co więcej, większość szczątków Człowieka Jawajskiego również znaleziono blisko powierzchni ziemi. Jak dotąd nie znaleziono ich na większej głębokości.
LEE: Rozumiem. Słyszałam o złotych łańcuchach, które wypadały z brył węgla. Opisy tego rodzaju znalezisk spotkałam w kilku książkach. Czy wiadomo ci coś na ten temat?
CREMO: Tak, również o tym czytałem. Także w naszej książce wspominamy o tego rodzaju znaleziskach. W roku 1891 miał miejsce jeden ze szczególnie interesujących przypadków odnalezienia złotego łańcuszka. Przypadek ten opisano w wychodzącej w stanie Illinois gazecie The Morrisonville Times. Pani Culp, żona wydawcy tej gazety, rozdrabniała właśnie węgiel, aby móc włożyć go do pieca, kiedy w pewnym momencie zauważyła wystający z bryły mały złoty łańcuszek o dość skomplikowanej budowie. Łańcuszek był bardzo mocny - do tego stopnia, że był w stanie utrzymać zwisające z obu jego końców bryły węgla. Dopiero ich rozłupanie pozwoliło go wydobyć. Poprosiliśmy obecnego wydawcę gazety, aby przysłał nam kopię artykułu, w którym opisano to znalezisko. Wydawca spełnił naszą prośbę i przysłał nam jego kopię. Zwróciliśmy się także z prośbą do Urzędu Geologicznego stanu Illinois o podanie nam wieku węgla, w którym znajdował się ten łańcuszek.
LEE: I co się z nim stało? W jaki sposób udało się wam to udokumentować? Przecież to tylko historia z gazety o tym, że ktoś coś znalazł w bryle węgla. Wprawdzie trochę różniąca się od innych publikowanych w tym czasie. Może ktoś nosi teraz ten łańcuszek na swojej szyi, sądząc, że to zwykły wyrób jubilerski?
CREMO: Staraliśmy się go odnaleźć, ostatecznie miał około trzystu milionów lat. Ustaliliśmy, że jego właścicielka zmarła w roku 1959, zaś po jej śmierci przeszedł on w posiadanie jej krewnych. W tym miejscu nasze poszukiwania utknęły w martwym punkcie. Właśnie dlatego, że nie udało nam się dobrze udokumentować tego znaleziska, umieściliśmy je w dodatku do książki. Nasza książka składa się głównie z opisów znalezisk, które nie są tak spektakularne jak ta historia ze złotym łańcuszkiem, niemniej ich zaletą jest to, że są one przez nas lepiej zbadane i udokumentowane. Niektóre z opisanych przez nas rzeczy można podziwiać w muzeach.
LEE: Właśnie połączył się z nami Tom z San Luis Obispo. Dziękujemy ci za telefon.
TOM: Dzięki. Mam kilka pytań na temat metalowych kul z rowkami. Po pierwsze chciałbym się dowiedzieć, ile kul znaleziono, z czego są wykonane, w jaki sposób je datowano i czy kiedykolwiek powtarzano ten pomiar?
CREMO: Zgoda. Wiele pytań, ale postaram się odpowiedzieć na wszystkie. Metalowe kule z rowkami znaleziono w miejscowości Ottosdal w Afryce Południowej. Znajdowano je przez dłuższy czas. Znaleziono ich setki. Nie wszystkie z nich mają równoległe rowki biegnące wokół ich obwodu. Nigdy nie opisano tych metalowych kul w żadnym naukowym czasopiśmie i właśnie między innymi dlatego opis tego szczególnego znaleziska zamieściliśmy w dodatku do naszej książki. W chwili obecnej kule te znajdują się w muzeum w Klerksdorpie w Republice Południowej Afryki. W sprawie tych kul korespondowaliśmy z Roelfem Marxem, kustoszem tego muzeum. Roelf Marx powiedział nam, że według niego kule te wyglądają na sztucznego pochodzenia. Co więcej, powstały w czasie, kiedy na Ziemi nie istniały podobno żadne inteligentne formy życia. Tak przynajmniej uważa. Roelf Marx powiedział nam, że mimo iż kule te wyglądają, jakby były wykonane przez człowieka, to jednak nie mogą być jego dziełem, ponieważ, jak sam stwierdził, "wiem, że w tamtym czasie nie istniał człowiek ani żadna forma życia". Kule te zostały znalezione w warstwie pirofilitu - minerału, którego wiek szacuje się na 2,8 miliarda lat. Informację tę otrzymał on od profesora geologii Bisschoffa z Uniwersytetu w Potchefstroom. Kule zostały wykonane z limonitu. Limonit jest jedną z wielu rud żelaza, jednak w przypadku tych kul jest on niezwykły, ponieważ jest wyjątkowo twardy. Nie można ich zarysować nawet stalowym punktakiem, co w skali twardości minerałów oznacza, że jest on wyjątkowo twardy. Normalnie limonit jest miękkim minerałem, jednak w przypadku tych kul jest bardzo twardy, co wydaje się bardzo tajemnicze. Opisu tych kul nie znajdzie się w żadnym naukowym czasopiśmie i nie sądzę, aby znalazł się choć jeden uczony, który odważyłby się przyznać, że są one dziełem człowieka, mimo iż ich wygląd tego dowodzi.
LEE: A teraz ostatnie pytanie. W skale pochodzącej z okresu Triasu znaleziono odcisk podeszwy buta. Wiek tej skały szacuje się na dwieście pięćdziesiąt milionów lat. Podeszwa buta była przytwierdzona do pozostałej jego części przy pomocy grubej nici, co wyraźnie pokazuje ów odcisk w skale. Czyż to nie jest niezwykłe! Jak można przeoczyć coś takiego? Tak przy okazji, gdzie znajduje się teraz ta skała?
CREMO: Dobrze, że o tym wspomniałaś. Mamy tu następny przykład znaleziska, które jest skrzętnie ukrywane, niezwykły kawałek skały, który przedstawiono naukowcom. Osoba, która go znalazła, zabrała go do Nowego Jorku na Uniwersytet Columbia. Pokazała go tam kilku wpływowym osobom z Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej, a następnie im go przekazała. Napisaliśmy do tego Muzeum z prośbą o informacje o tej skale, lecz w odpowiedzi odpisano nam, że nic im o niej nie wiadomo. Oświadczyli, że w ich rejestrach nie ma żadnej wzmianki na jej temat.
LEE: Tak więc nie wierzcie we wszystko, co słyszycie. Bierzcie pod uwagę inne możliwości. Sądzę, że ta rozmowa była bardzo interesująca i zachęci wielu z nas do innego spojrzenia na tego rodzaju sprawy, a co za tym idzie, poszerzenia swojego światopoglądu. Dziękuję za uwagę. Mówiła Laura Lee.
Przełożył Adrian Anszczak
|
|
|
Dzięki Rosomak (choć w oryginale się lepiej czyta) - czytałem "Zakazaną archeologię", ale taki wywiad jest bardzo ciekawy.
Polecam ten wątek: Ewolucja - fakt czy mit?
|
|
Nie idź przede mną, bo może za tobą nie pójdę. Nie idź za mną, bo może nie potrafię pokazać ci drogi. Idź koło mnie i bądź moim przyjacielem. http://wendol.cba.pl wendol@o2.pl |
|
|||
|
|||
|
Ja po prostu preferuję wstawianie linków, bo na forum się niezbyt wygodnie czyta - takie wszystko w kupie jest - za mało przestrzeni.
|
|
Nie idź przede mną, bo może za tobą nie pójdę. Nie idź za mną, bo może nie potrafię pokazać ci drogi. Idź koło mnie i bądź moim przyjacielem. http://wendol.cba.pl wendol@o2.pl |
|
To więc, co człowiek odczuwa, myśli, mówi i jak postępuje, a także jego namiętności i tęsknoty, napierające życzenia, jego pretensje do bycia kimś i posiadania - wszystko to zakodowane jest w cząsteczkach duszy oraz w promieniowaniu odpowiednich planet. Wszystko jest wibracją. Tak, jak pojedynczy człowiek postępuje wobec praw wewnętrznego życia - albo dla Boga albo przeciw Niemu - takie jest też jego promieniowanie, tak wibruje i taka jest też jego komunikacja z siłami wszechświata.
To, czego dusza lub człowiek jeszcze nie oczyścili, pozostaje zakodowane w promieniowaniu odpowiednich planet, aż do chwili gdy zostanie zmazane przez duszę w obszarach oczyszczania albo przez człowieka. Wiele dusz - które były w poprzednich inkarnacjach na ziemi, które obecnie znowu znajdują się na ziemi jako ludzie, lub które ponownie przybędą - pozostaje zakodowanych w planetach upadku tak długo, aż pożałują za to, co niezgodne z Prawem, poproszą o przebaczenie, przebaczą i rozpoznanych błędów nie będą więcej popełniać.
|
|
|
Kiedy religia była seksem
Niewidzialna Moc, która od niepamiętnych czasów przypatruje się ludzkości, nigdy
nie daje po sobie znać, że darzy jakąkolwiek religię pogardą.
-Matthew Arnold
Wystarczy przyjrzeć się początkom religii, aby zrozumieć, jak istotną rolę odgrywał
w niej zrytualizowany seks. Ludzie pierwotni uważali seks za dar od bogów, przy
pomocy którego można kontaktować się ze swymi ulubionymi bóstwami. Dotyczyło
to szczególnie bogów odpowiedzialnych za stworzenie świata, sukces w rolnictwie
i dostatek, oraz, generalnie, bogów miłości i płodności. W istocie samo słowo „żądza”
w języku starogermańskim oznaczało „miłość religijną”.
W przedchrześcijańskiej Europie podczas niezliczonych wiosennych i letnich festiwali
rolniczych zrytualizowany seks był obecny wszędzie. I nie mówimy tu o przypadkowych,
odizolowanych ekscesach, ale o temacie przewodnim rytuałów.
Współcześni badacze chętnie przypatrują się tym ceremoniom jako prymitywnym
przejawom magii sympatycznej (bądź homeopatycznej), które nie mają na celu
rozwoju duchowości, ale jedynie pomnażanie płodów rolnych. Warto by tutaj przypomnieć,
że pokryty liśćmi Zielony Człowiek i obsypana kwiatami Dziewica nie mają
innego wyboru, niż tylko przejście gruntownej, transcendentnej przemiany duchowej,
kiedy ich osobiste tożsamości płciowe jednoczą się z kosmiczną męsko-żeńską naturą
roślin, od których płodności zależy życie lub śmierć ich ludu.
W zamierzchłych czasach, gdy jeszcze nie wierzono w to, że cierpienie i podporządkowanie
to drogi do szczęśliwej egzystencji oraz życia po śmierci, człowiek usiłował
komunikować się z inteligencją naszej planety, czyli z, jak ją cudownie określił
Dylan Thomas, „siłą, która zielonym włącznikiem odpala kwiat”. Pragnął, aby jego
wola rozpuściła się w wielkiej Woli inteligencji planetarnej. To usilne dążenie do
zjednoczenia się z Wolą Bożą wynikało z poczucia własnej małości i niedoskonałości.
Człowiek bał się, że niewiele znaczy. Albowiem nawet jego najwymyślniejsze odkrycia
okazywały się być niczym w porównaniu z cudami tej mocy, która rozbudzała
życie. Czuł to samo, co conradowski Kurtz, kiedy krzyczał: „Horror! Horror!”, umierając
w sercu dżungli i wojennych zgliszcz.
Być może to sama Wola Planety przypominała nam o naszej małości, aby pobudzić
nas do życia i do rozwoju mocy niezbędnej dla wykonania kolejnego kroku na
drodze ewolucji. A może ludzka żądza mocy jest tak naprawdę orężem, dzięki któremu
nasz gatunek jest w stanie przetrwać w świecie darwinowskim. Bez względu na
nasze poglądy filozoficzne, historia uczy, że ta wczesna religia miała na celu połączenie
człowieka ze źródłem mocy planetarnej tak, aby mógł z niego czerpać energię do
spełniania swoich pragnień.
Fryderyk Nietzsche uważał, że Wola Mocy jest siłą kierującą wszelkim ruchem
i życiem. Tymczasem, w powszechnym mniemaniu moc to coś egoistycznego, chciwego
i lichego, o co zmagają się ludzie. Załóżmy więc, że „wola mocy” to chęć wypełnienia
sobą jak największej przestrzeni – czy jest na to lepszy sposób niż seks?
Większość współczesnych religii nie popiera rozwoju ukrytego w człowieku potencjału,
a wręcz przeciwnie, usiłuje stłumić go w zarodku.
Barbara Walker powiada, że słowo „religia” pochodzi od łacińskiego religio, co
oznacza „przy-łączenie”. Z kolei sanskrycie pojęcie religijności, a więc joga (stanowiące
rdzeń angielskiego słowa yoke, czyli „jarzmo”), również znaczy „łączyć”.
A zatem, jak widać na niniejszym przykładzie, pierwotnym celem religii było wiązanie
człowieka z Ziemią. To święte zjednoczenie zazwyczaj opisywano jako boską miłość
między mężczyzną a kobietą lub bogiem a boginią.
I tak na przykład możemy przeczytać u Ajschylosa, że nasienie niebiańskie tytana
Urana zapłodniło boginię ziemi, Gaję, w wyniku czego narodzili się bogowie i wszelkie
żywe stworzenia, w tym również śmiertelnicy.
Zanim jeszcze życie sprowadzono do funkcji zwykłej odskoczni do zaświatów,
ludzie domagali się czynów od swoich bogów. Kładli nacisk na natychmiastowe owoce
ich działań. I jeśli bogowie okazywali się nieskuteczni, szybko dostawali wymówienie.
Nasi przodkowie musieli codziennie troszczyć się o płodność swoich plonów,
zwierząt i siebie samych, nie mówiąc już o zdrowiu i zapewnianiu ochrony przed atakami
wrogów. I nawet dawni Hebrajczycy traktowali Boga jako bóstwo pomocne
w rozwiązywaniu zupełnie przyziemnych kwestii. Nikt nie był zainteresowany religią,
która nie potrafiła wykazać swej skuteczności. Nasi przodkowie zapewne przyklasnęliby
Carlyle’owi, kiedy wypowiadał się o religii bez rezultatów, że jest ona „w
najlepszym razie... niespełnionym życzeniem; wielkim być może”.
Wiele pierwotnych religii wyznających regułę „przyczyny i skutku” przypominało
nauki empiryczne. Kto wie, być może ich wyznawcy mieli w sobie coś z egzystencjalistów
ufających bardziej swoim zmysłom i działaniom niż modlitwie,
33 ustanawiając „prawdę” na podstawie tego, co przeżywali, słyszeli lub widzieli.
W każdym razie chęć osiągania natychmiastowych rezultatów, pokusa eksperymentów
oraz sprawdzania „teorii” konstytuują cechy dystynktywne pierwszej religii, niekiedy
zwanej magią. Jeden ze słynnych współczesnych magów tak o tym mówi:
„Naszą metodą jest Nauka. Naszym celem Religia”.
Człowiek pierwotny wypracował dużo metod, przy pomocy których kontaktował
się z bóstwem. Wiele z nich obejmowało „śmierć”, czy też chwilowe rozpuszczenie
naszego małego, automatycznego „ja”, dzięki czemu mogła ujawnić się nasza
„prawdziwa Wola”. A kiedy już pozbywaliśmy się naszego automatycznego, małpiego
wdzianka, łączyliśmy się z „siłą, która odpala kwiat”, a także z rybami, wiatrem,
ogniem, planetą, kosmosem i bogami. Wtedy to stawał się cud i oto nagle zaczął padać
deszcz albo intuicyjnie wiedzieliśmy jak znaleźć czysty strumyk, albo też gałązka
amerykańskiego orzecha białego mówiła nam, gdzie należy kopać ziemię, by trafić
na wodę.
W toku tych pierwszych pląsów z wszechświatem niektórzy mądrzy ludzie odkrywali,
że długotrwały, szalony taniec, transowe bębnienie, intoksykacja i przede
wszystkim ekstatyczne kochanie się, sprzyjają rozpuszczaniu naszych małych woli.
I, co najważniejsze, przynoszą radość, w przeciwieństwie do ascetycznych głodówek
i innych sposobów umartwiania się, które stały się modne wraz z nadejściem chrześcijaństwa.
D.H. Lawrence, jeden z w miarę współczesnych pisarzy, zasłużony na polu odzierania
seksu z otaczającej go niesławy, pewnego razu powiedział: „w czystości, gwałtowności,
namiętności zmysłów spalam się i nie zostaje ze mnie nic poza czystą
esencją”. Tą „czystą esencją” jest, rzecz jasna, „prawdziwa Wola”, która przynależy
do nas samych, choć jest zarazem „wolą wszystkiego”. Pewien filozof hermetyczny
opisał to doświadczenie jako spotkanie z Bogiem, którego „środek jest wszędzie,
a obwód nie znajduje się nigdzie”.
Dionizjanie, wyznawcy jednej z najpopularniejszych religii sekscentrycznych,
praktykowali sztukę ekscesu, która miała „usunąć” ich małe wole i połączyć ich
z wszechświatem. Ich bogowie nie pochwalali ostrożności. Jeśli bowiem chciało się
poznać swoje moce i ograniczenia, trzeba je było najpierw wypróbować. Wydaje się
również, że te religie sekscentryczne musiały dobrze sprawdzać się praktyce, jako że
były równie popularne, co kult coca-coli w latach dwudziestych (kiedy jeszcze nie
usunięto z niej kokainy).
Wiele religii sekscentrycznych postrzegało inteligencję planetarną jako boginię
płodności – życiodawczynię. Nasi przodkowie, podobnie jak my sami, tłumaczyli
sobie świat za pomocą metafor. Nie posiadając zaś, tak jak my, metafor o charakterze
„naukowym”, mówili o wielkim, potężnym penisie na nieboskłonie, który wydaje
z siebie „nasienie” boże, czyli deszcz. Niektórzy lingwiści twierdzą wręcz, że boskie
imiona Zeusa oraz Jahwe pochodzą od sumeryjskiego słowa oznaczającego „sok
płodności” lub „nasienie życia”. Starożytni postrzegali ziemię jako łono, w którym
znajdowało się wiele „jajeczek” bogini. Dlatego właśnie mówili o płodach niebiańskiego
„ojca” i ziemskiej „matki”. (Warto tu zauważyć, że nasi przedchrześcijańscy
krewni nie mówili o niebie w takim kontekście, w jakim mówią o nim chrześcijanie.
Dla nich był to fragment kosmosu otaczającego Ziemię, którego uważali za „ojca”.
Najwcześniejsze rytuały seksualne miały na celu przywoływanie bóstw płodności
i wywieranie na nich wpływu tak, aby dostarczały obfitości. Wierzono, że bogowie
naśladują zachowania rytualne jednostek lub całych plemion. Można więc powiedzieć,
że wcielano wówczas hermetyczny aksjomat: „to, co powyżej, jest takie, jak to,
co poniżej”. Magowie seksualni liczyli na voyeurystyczne skłonności niebiańskiego
„ojca” i ziemskiej „matki”. Poza tym, niektórzy z nich wierzyli, że im silniejszych orgazmów
będą doznawali kapłani i kapłanki, tym będą większe szanse na to, że usłyszą
ich bogowie i sami zechcą ze sobą współżyć, błogosławiąc ziemię nasieniem.
W przeciwnym razie, ziemię nie zrosiłby deszcz i stałaby się jałowym ugorem, przynosząc
kres ludzkości.
Sama funkcja i cel rytuału seksualnego zmieniły się w późniejszym okresie, kiedy
człowiek wynalazł bardziej skuteczny i funkcjonalny system irygacyjny. Ejakulacja
„ojca” niebiańskiego nie była już potrzebna. Rytuały przestały służyć samozachowaniu
gatunku, a stały się metodą rozwoju szamańskiej i jednostkowej mocy.
I tak oto pewne zdyscyplinowane jednostki odkryły, że im bardziej w swych praktykach
podążają za wolą boską, tym bardziej świadome stają się swych prawdziwych
woli i tym więcej gromadzą indywidualnej mocy. Zupełnie jakby ich słabe, małpie
umysły ustępowały prawdziwej woli, wyzwalając nadludzkie moce. Niektóre z tych
pracowitych jednostek posługiwały się tymi „mocami” do manipulacji energią, nazywając
siebie „magami”, „synami Bożymi”, „prorokami” lub „błogosławionymi”. Ich
sztuka polegała na posługiwaniu się siłą woli dla świadomego dokonywania zmian fi-
zycznych i psychicznych, które ignoranci nazywali „cudami”. Jedni z nich uzdrawiali
chorych i dokarmiali głodnych. Inni przemieniali rzeczy w węże. A jeszcze inni wy-
35 woływali szaleństwo. Tym, co ich łączyło, była ciężka praca. Wielu z nich tworzyło
swoje własne, nowe światy, czy nawet kosmosy, a ich koncepcje spisywali uczniowie,
którzy, z kolei, filtrowali dzieła swych mistrzów przez własne mapy językowe i tunele
rzeczywistości. Tym samym ich żywoty i poglądy zostały utrwalone w pismach religijnych,
stanowiących zagadkę dla późniejszych teologów, oraz natchnienie dla praktykujących
ów starożytny kunszt.
Magowie seksualni stawiali sobie za cel wymazanie wszelkich uwarunkowań
składających się na ich „ja” i kontakt ze swoją Prawdziwą Wolą, aby odnaleźć swoje
miejsce w świecie. Nie będzie przesady w twierdzeniu, że współcześni adepci tej
sztuki traktują ją kompletnie inaczej, niż członkowie ludów pierwotnych, którzy mylili
„metaforę” z „odnośnikiem”. Oczywiście współcześni magowie seksualni również
posługują się „metaforami”, ale ich moc staje się częścią „nowego odnośnika”
(jeśli założymy, że ostatecznym rezultatem tej formy magii ma być nie obfitość plonów,
tylko świadome uczestnictwo w transcendentalnym procesie świata).
W tym kontekście praktyki magii seksualnej mogą uchodzić wręcz za narzędzia
służące odrodzeniu, czy też podwójnym narodzinom tak jak je rozumieją współcześni
ewangeliczni chrześcijanie. W Świętej Biblii jest napisane, że „jeśli się ktoś nie
narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” [„Ewangelia według
św. Jana” 3:5]. A przecież nie można urodzić się na nowo, jeśli wcześniej się
nie umarło. Załóżmy teraz, że w chwili orgazmu zdarza się „mała śmierć”. Wynika
z tego, że duchowe odrodzenie może polegać na świadomym, zamierzonym umieraniu,
oraz świadomym, zamierzonym przebudzeniu. Tak więc po „małej śmierci” orgazmu,
osiągniętej przy pomocy surowej dyscypliny, następuje całkowite oddalenie od
siebie wszystkiego, co wcześniej istniało, i świadome „odrodzenie” z wody (płynów
seksualnych) i przywoływanego podczas orgazmu Boga. Mamy tu zatem do czynienia
z formułą „ducha” i „wody”. Bez wątpienia współcześni chrześcijanie potraktowaliby
to jako bluźnierstwo, bo, po pierwsze, nie można przecież łączyć ze sobą seksu
i Boga, po drugie zaś Wola maga nie jest tożsama z Wolą Bożą.
Wraz z nadejściem chrześcijaństwa wszelkie próby poszukiwania mocy oraz posługiwania
się wolą zaczęto uważać za niemoralne, złe i grzeszne. Dlatego też stłumiono
sztukę magiczną, twierdząc że „wola mocy” to domena Szatana.
Kościół systematycznie niszczył wszystkie elementy dawnych form religijnych
i dławił ich zwolenników. Jednak na przekór temu zachowały się wielkie tajemnice
sztuk starożytnych, które w obliczu surowych represji przybierały różne maski
ukrywając się za słowami, znakami i symbolami zrozumiałymi jedynie dla wtajemniczonych.
Przeniknęły nawet do kościoła i jego świętych rycerzy bijących się o „ziemię
świętą”.
Militarno-religijny zakon templariuszy, często uznawany za szatański spisek,
posiada olśniewającą, wielce romantyczną historię. Jedna z popularnych teorii spiskowych
powiada, że templariusze to w istocie iluminaci, którzy nawet w czasach
współczesnych kontrolują wydarzenia na świecie oraz światową gospodarkę przy
pomocy swego bogactwa i mocy magicznych. Jednak, ze względu na tematykę tej
książki bardziej interesuje nas ich domniemany związek z magią seksualną i barbarzyńskimi
występkami przeciw Bogu i jego kościołowi.
Christopher S. Hyatt i Lon Milo DuQuette
Tabu - Seks, Magia, Religia
|
|
|
Jak ktos ma za duzo czasu niech poszuka linku coby sie latwiej czytalo.
Leniwi nie musza wcale czytac :)
|
|
|
Szukajcie, a znajdziecie.
Znalazłem :)
Tu: http://www.tajne.org/forum/read.php?f=1&t=96148&p=6
i tu: http://www.tajne.org/forum/read.php?f=1&t=86394&p=2
Lubię szukać różnego rodzaju skarbów :)
A to forum jest prawdziwą kopalnią skarbów duchowych, i niestety jak to w kopalni - trzeba nieraz wiele piachu, skał i innych wypełniaczy przerzucić zanim znajdzie się coś naprawdę wartościowego.
Oj szkoda, że "szukaja" tu nie ma, a na starym forum wyszukiwarka była. Dobrze, że chociaż teksty zostały przeniesione. Przydałoby się podzielić je na jakieś kategorie tematyczne, ale z drugiej strony, to na tym forum rzadko kiedy wątek trzyma się tematu :)
|
|
Nie idź przede mną, bo może za tobą nie pójdę. Nie idź za mną, bo może nie potrafię pokazać ci drogi. Idź koło mnie i bądź moim przyjacielem. http://wendol.cba.pl wendol@o2.pl |
|
|
|
Nie idź przede mną, bo może za tobą nie pójdę. Nie idź za mną, bo może nie potrafię pokazać ci drogi. Idź koło mnie i bądź moim przyjacielem. http://wendol.cba.pl wendol@o2.pl |
|
Ilość wypowiedzi w tej dyskusji: 13 |
| Nowy temat | Spis tematów | Nowszy wątek | Starszy wątek |